RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 123 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 123


Pisma przedwojenne [6] 85

Kiedy zajdziecie na rynek staromiejski, gdzie rośnie kilka drzew zasadzonych jeszcze przez niemieckiego okupanta i stoją ze dwie, trzy nieoheblowane ławki, zobaczycie nieopisaną rozmaitość typów [ludzkich]. Tłoczą się tam piekarze, kucharki, kamasznicy, malarze, przekupnie, żebracy, dziwki, sprzedawcy bajgli, rzezimieszki, żydowscy proletariaccy marzyciele, domorośli filozofowie i szalbierze. W głowie może się zakręcić. Oto Łódź w miniaturze i klasyczny obraz łódzkiego żydowskiego proletariatu. Jego przeciwieństwo znajdziecie zaś na Piotrkowskiej, gdzie złota młodzież, spekulanci, kupcy, bankruci, wymieniacze walut i wszelkiej maści naciągacze zbierają się w Grand Cafe147, w Ziemiańskiej148i Esplanadzie149, ale przede wszystkim wystają na trotuarze.

Łódzki trotuar i łódzka ulica to właśnie jest Łódź.

Łódzkie ulice żyją własnym życiem, a wieczorami, w świetle neonowych reflektorów, przypominają egzotyczny Wschód.

Nic więc dziwnego, że zagraniczni przybysze pytają często: „Jak daleko stąd do Kairu?”...

[

1] תוריד רעשזדאל [Łódzkie izby]

Sześćset tysięcy dusz i pięć tysięcy domów. Po podzieleniu tej liczby rychło otrzymacie wynik: na jeden budynek wypada ponad stu lokatorów. Zważcie przy tym, że łódzkie domy nie są duże, że często to ledwo chatki i drewniane budy. I oto macie problem jak na dłoni: brak mieszkań. „Brak” to martwe słowo, ponieważ przywykliśmy do rozmaitych deficytów. W prasowym żargonie politycznym „brak” jest wytartą metaforą. Tak wiele mówi się przecież o niedoborach rozmaitych towarów (brak-śmak, tra-ta-ta, niedobory-trudne wybory): chleba, pieniędzy, autobusów, samolotów, policji…, że [„brak”] już nas nie porusza. Dlatego, aby pojąć, jak straszliwie potrzeba mieszkań w Łodzi, nie można posługiwać się językowymi szablonami. Trzeba to po prostu zobaczyć, a wtedy ciemno się robi przed oczami.

Udajmy się na Stare Miasto i Bałuty, tam gdzie mieszkają żydowscy rzemieślnicy, kramarze, kataryniarze, żebracy, złodzieje i poeci. Nieistotne, czy będzie to ulica Berka Joselewicza numer…, ulica Lewa Kielma numer… czy Pieprzowa numer... Zresztą wszystko jedno gdzie. Popatrzcie tylko, izba czterometrowa albo krócej 4x4 metry podzielona na kwadraty. Tam, gdzie widać czerwoną podartą watowaną kołdrę, tam mieszka rodzina. Kwadraty oddzielone są zasłonami, za którymi żyją ojciec, matka, troje, czworo, pięcioro albo sześcioro małych dzieci. W takim „apartamencie” może mieszkać z 10–12 rodziców i ze 25, a może i 36 dzieci. Razem od 35 do 48 ludzi w jednym lokalu 4x4 metry!

Zapachniało statystyką, nieprawdaż? Lepiej więc popatrzcie [na konkretne przypadki].

Izdebka na strychu przy ulicy Mordechaja Gabaja. Na podłodze siedzą ze dwa tuziny dzieci w podartych koszulkach. Buzie mają żółtawo-woskowe, noski podrapane. Bawią