RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 127 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 127


Pisma przedwojenne [6] 89

musi wyjść rozkaz do bezwzględnej walki z rewizjonizmem! Zniszczyć go, by już się nigdy nie odrodził! Zabić go!”.

To jest Łódź, czerwona Łódź.

Kto pamięta dziesięcioletnich łódzkich chłopaków wypuszczających w powietrze papierowego węża tuż przed cyrkułem, by wywabić stamtąd żandarma, z którym chciał się policzyć jakiś „bojowiec”, ten na pewno zrozumie, że na łódzkim gruncie wyrasta jedyna w swym rodzaju flora, a to, co się tam dzieje, jest wynikiem, by się tak wyrazić, szczególnych „warunków atmosferycznych”.

W krzywym zwierciadle łódzkiej egzystencji, w którym odbija się tyle scen rozpadu mieszczańskiego życia, tyle komicznych obrazków z dziejów „wyższych sfer”, proletariackość jest czymś zdumiewająco szlachetnym. Owi wytworni pośrednicy, kupcy i przedsiębiorcy mogą mieć strajkujących w wiecznej pogardzie, lecz ten, kto ma oczy, ten spostrzeże, kim są naprawdę aa[…]aa. [3] W imię jutra i dlatego te różnice są tak wyraźne, a więzi porwane. Ludzie ci nie wyglądają jutra. Żyją teraz, w tej jednej godzinie, a „teraz” musi być takie, jakim jest – pełne kontrastów, krzyczących różnic i niesprawiedliwości. Z jednej strony pałace tekstylnych magnatów, z drugiej wynędzniali niewolnicy zarabiający w ich fabrykach-koszarach po 15–20 złotych na tydzień. Żydowscy fabrykanci, posiadacze olbrzymich manufaktur, którzy nienawidzą żydowskiego robotnika i masy żydowskich bezrobotnych mających tylko jedno wyjście – pójść po prośbie do owych fabrykantów, swych szlachetnych „braci Żydów”. Do tego obrazu dodać trzeba antysemityzm wynędzniałych chrześcijańskich robotników karmiony przez ich żydowskich pracodawców, antysemityzm sztucznie wyhodowany na glebie ubóstwa.

Te podziały i różnice sprawią, że czerwień znów się rozleje. Czerwona Łódź pozostaje sobą.


c)

[1] געװ ןטױר ןפֿױא [Na „czerwonej ścieżce”]

rSenny letni dzień sączył w członki ospałośćr. Rynek miasteczka opustoszał i zacichł. W powietrzu słychać było tylko brzęczenie much, a z pól w dolinie niósł się chłodniejszy powiew. W łaźni cicho popluskiwała woda. W kramach drzemały przekupki. Na schodkach sklepu bławatnego swojej siostry siedziała Szulamis. Rękoma objęła kolana, opuściła skołtunioną siwą głowę i spała.

Gromada chederowych chłopców wypadła z podwórka i dobiegła do starej, wyschłej studni, której drewniana korba dawno już spoczywała bezczynna, bo nikt nie czerpał z tej studni wody. Stare przeciekające wiadro z deszczułek wisiało na grubym żelaznym łańcuchu. Krople miarowo ściekające z jego dna odbijały się w ciszy, którą tak nagle przerwały odgłosy dziecięcej gromady. Szulamis nie podniosła głowy. Twarz jej jeszcze bardziej się ściągnęła, bo drażniły ją pacholęce krzyki. Wstała. Choć oczy miała nadal zamknięte, to z głową i tułowiem poddanymi ku przodowi wyglądała jak zły pies, który gotuje się do skoku.

Nagle któryś z chłopców krzyknął:

– O, Szulamis! Widzicie? Szulamis!