RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 285 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 285


Pisma przedwojenne [10] 247

dzieciach, by wzbudzić litość w upartym starcu, on, nie panując nad sobą, odrzekł jej zdecydowanie:

– Dałbym ci kobieto jałmużnę, dałbym ci chętnie, ale powiedz, dlaczego na szyldach waszych sklepów piszecie: „Nasze dla naszych”?

Inny przykład: opisana przez prasę historia żydowskiego wozaka, którego wynajęto do przewiezienia mebli i sprzętów sędziwego księdza. Gdy wóz był już załadowany, ksiądz wyszedł z plebanii i widząc, że wozak jest Żydem, odmówił skorzystania z jego usług. Wówczas Żyd na oczach księdza wypłacił swojemu polskiemu pomocnikowi wynagrodzenie za dwa tygodnie pracy i zwolnił go, mówiąc:

– Skoro twój brat ksiądz nie chce opłacać Żyda, to ja nie chcę, żebyś ty, goj, zarabiał u mnie.

Chory czas nastał na świecie, lecz my obstawajmy przy swoim.

X

Męczący skwar południa, myśli się rwą i z trudem kiełkują od nowa. Wielkie znużenie wypełnia pokój. Cóż mam, kogóż mam w ten długi letni dzień [przy sobie]?

W rozleniwieniu kurczę się w sobie jak lotne obłoki, które zwątlałe, nie mają chęci nigdzie ruszyć. Czemu miałbym się dobrowolnie trudzić?

Myśli rwą się i wiążą z trudem, aż nagle widzę przed oczyma kurz. Jest upalny letni dzień, słońce rozpala nieutwardzoną drogę i stopy z każdym krokiem grzęzną w gorącym piachu. Gdzieniegdzie rosną pojedyncze, spragnione deszczu sosny. Nieokreślona tęsknota przesyca naturę wokół nas, a my, dziesięcioletni chłopcy ze szkółki talmudycznej, bohatersko zdzieramy nogi, wędrując do pobliskiego Aleksandrowa, na grób rebego Henocha. Panuje wielki skwar. Duszący kurz utrudnia oddech, ale my czujemy radość i zapał. Chłystki stały się chasydami – wyruszają na wojnę z instynktem zła!

Z naprzeciwka nadchodzi strudzony włóczęga. Kurz pokrywa jego bujną brodę i krzaczaste brwi, a w naiwnych, niebieskich oczach igra uśmiech. Biodra ma przepasane sznurem, na ramieniu wypchany worek, żuje kawałek suchego chleba. Ten obraz rozpala wyobraźnię Berla:

– Przecież to na pewno błogosławionej pamięci prorok Eliasz albo Beszt, w każdym razie jeden z trzydziestu sześciu sprawiedliwych!

Starzec śmieje się, a my spoglądamy na niego z uznaniem. Spodobaliśmy mu się, wiemy to. Teraz się uczymy, a gdy dorośniemy, będziemy jak on wędrować po miastach. Wszak dobrze jest przemierzać świat i modlić się w promieniach słońca.

Myśli płyną wolno, monotonnie, z niezmiennym, ustawicznym znużeniem. Wielkie miasto. Gwar. Bieganina. Ludzie wpadają na siebie i spieszą każdy do swoich zajęć. Na twarzach rysuje się skupienie i nerwowość. Nikt nie ma czasu, by rozejrzeć się wokół. Tumult pogania, napiera. Przechodnie stawiają kroki miarowo, mechanicznie. Nagle wśród zabieganych ludzi widzę znajomego włóczęgę. Poczciwy prostak znów żuje razowy chleb. Sznur na jego biodrach [8] pokrywa kurz, oczy patrzą naiwnie jak dawniej, wysokie czoło nadaje twarzy uduchowiony wyraz. Pędzę w swoją stronę, unosi mnie tłum. Żyd wcale się nie spieszy, spokojnie przeżuwa chleb, powoli stawia kroki. Brak wam czasu, niewolnicy mienia? Głupcy! Na marnościach mijają wam dni, a tyle jest do zrobienia. Wejrzyjcie na piękno przebudzenia. Zbliżcie się do Boga. Tęskni za wami Szechina!