368 Pisma wojenne [19]
pościel nie wala się w błocie i śniegu na podwórzu, nim przyjadą wozy dezynfektorów i ją zabiorą. Ich żony nie krzyczą okładane po głowach gumową pałką, ich dzieci nie zamarzają, czekając w kolejce na odmaszerowanie do łaźni.
Rzeźnik i piekarz – pochylcie głowy przed plutokratami, przed wojenną arystokracją!…
Krzyki, wrzaski, awantury na podwórzu stają się coraz głośniejsze.
Policjanci nie stoją już po wewnętrznej stronie bramy. Stróż jest teraz panem sytuacji. Kiedy uzna za stosowne, sprawia, że znika na minutkę policjant przed wejściem.
Stróż dostaje teraz grube banknoty i ostrożnie wypuszcza na zewnątrz. Nie wszyscy jednak mogą tyle zapłacić. Cóż, nie mogą, pójdą więc do łaźni…
Nagle policjanci obstawiają wejścia do klatek. Na każdym piętrze funkcjonariusz. Na dole, u wyjścia też. Policjant odprowadza wzrokiem schodzących na podwórze, śledzi, czy staną w szeregu tych, którzy pójdą do łaźni.
Policjanci ryją na strychach, przeszukują komórki, szukają nawet w szafach, sprawdzając, czy nikt się tam nie schował. A jeśli złapią tam kogoś, to biada mu, krzyczy w niebogłosy.
Na podwórzu stoją już dwie długie kolejki: mężczyźni i kobiety z dziećmi. Kobiety żalą się sobie, wzdychają, oglądają jedna drugiej głowy i starają się odgadnąć, czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo z powodu włosów, czy też nie.
Tłum stoi jak na rozżarzonych węglach i nic. Uciec nie ma dokąd, ukryć się też nie można. Wszystkie wyjścia obstawione. Spróbują później, w czasie drogi, jeśli się da.
[12] Nagle brama się otwiera i wsypują się szprycerzy ze swoimi dezynfekującymi narzędziami.
To są szajgece i sziksy ubrani w uniformy lotników, rodzaj żółtego khaki. Krok mają pewny, jakby szli na wojnę; wodzą po wszystkich rozkazującym wzrokiem, do nikogo nic nie mówią, surowi jak aniołowie zniszczenia. To ich pierwsze wyjście i wszystko zależy od wrażenia, jakie teraz zrobią.
– Ej, ci szprycerzy to psy! Czegoś takiego jeszcze nie było, nie pozwalają nic do siebie powiedzieć – szepcze się z każdej strony i naprędce postanawia, co robić, żeby te psy nie gryzły…
Niebawem zaczynają szprycerzy wywlekać na podwórze pierwsze szafki, kozetki, księgi, a nawet obuwie, rzucają to wszystko na kupę i podpalają.
Ci, którzy idą do łaźni, widzą jeszcze, jak płonie ich dobytek, z jaką mściwością wrzuca się do ognia buty, buty, które w trzecim roku wojny będą na wagę złota. Teraz się je pali, bezmyślnie, w złej woli…
W końcu policjanci ustawiają się wokół zastępów, wybierają jeszcze spośród tych, którzy idą do łaźni, kilku zakładników, grożą im rozstrzelaniem i czynią odpowiedzialnymi – jeśli ktoś w drodze do łaźni ucieknie, to… I marsz na Spokojną.
Dokąd to? Do której łaźni? Nikt nie wie, policja milczy. Oj, Boziuniu kochany, [13] oby nie na Spokojną, bo czy to jest łaźnia? To rzeźnia! Tylko nie to! Ludzie wychodzą stamtąd nie do rozpoznania, jak ogolone owce, i można tam dostać febry, i to jakiej febry!
Taka rozmowa przygnębia. Młode dziewczyny, chłopcy, chwaccy Żydzi i Żydówki strzelają oczyma na lewo i na prawo, korzystają z chwili, w której słabnie czujność policjanta, i znikają za rogiem. Starsi wzdychają i idą w napięciu. I nagle – skręt w Niską. Oj, lament, już wiadomo, idą na Spokojną… Przechodnie, którzy mijają tę partię, informują,