384 Pisma wojenne [20]
nie zamierza zabierać wszystkich pieniędzy komitetom domowym, będą mu tylko płacić pewien procent ze swoich dochodów. O wysokości opłaty można rozmawiać, dogadać się. Najważniejsze jest, aby być zgodnym co do zasady przyłączenia się, jeśli bowiem nie zrobi się tego z własnej woli i na czas, to później będzie się do tego zmuszonym, ponieważ nie będzie można dostać żadnego wsparcia dla domu od ŻTOS-u, jeśli nie zostanie on włączony do sieci komitetów domowych.
Bardziej oświeceni wśród zgromadzonych rozumieją prostą mowę referenta, który bez emfazy przedstawia sprawę tak jasno, jak nieskomplikowana jest jej istota. Wiceprzewodniczący nie może jednak odpuścić sobie bombastycznej przemowy. Rozdrażniło go, że jego słowo nie przyniosło zamierzonego efektu, i mówi tak długo i z takim zapałem, aż pozostałym członkom robi się ciężko na sercu od [12] jego straszenia parówkami i zostaje tymczasem postanowione, by odrzucić propozycję i Jointowi żadnych pieniędzy nie dawać…
To postanowienie charakteryzuje ogólny stosunek komitetu domowego do ŻTOS-u. Zawiera się w nim nieufność do „nich”, do „dawców pieniędzy”, którzy sami chcą brać, i jak tylko będzie jakaś okazja, komitet domowy wykręci się od wnoszenia comiesięcznej opłaty, zaoszczędzi… Nie będzie czuł, że jest częścią wspólnoty, że może wpływać na gospodarowanie funduszem komitetów domowych. Będzie patrzył na ŻTOS jak na rodzaj „państwowej instytucji”, na przykład urząd skarbowy…
Rzeczywiście niedługo potem nadchodzi pierwsza parówka. Komitet domowy za pośrednictwem swego przewodniczącego już wcześniej porozumiał się z żydowskim rejonowym doktorkiem, z tym ruchliwym Żydkiem Jawecem, i ustalił z nim, że złagodzi swój raport, że kontrole sanitarne będzie przeprowadzał mniej surowo i tak dalej.
Za tę łaskawość dostał doktor w łapę… Ile? To wie tylko jeden człowiek – przewodniczący. Tyle, ile zażąda, tyle daje kasjer i nigdy nie wiadomo, czy wydał całą tę sumę, czy też podzielił datek między doktorka a siebie… Właściwe jest, zdaje się, to drugie przypuszczenie.
Od tamtej chwili doktorek będzie sporo kosztował komitet domowy prawie co miesiąc, a potem będzie nawet otrzymywał od niego regularną pensję, co, rozumie się, pochłonie znaczną część przychodów komitetu.
Kiedy nadchodzi parówka, zostają z niej zwolnieni członkowie komitetu domowego. Dostarczają osobny spis nazwisk, częstują kieliszkiem polskich oprawców i nie mają kłopotu.
Kiedy pędzą do łaźni, można się u komendanta wykupić za piątaka, a nawet za trzy złote. To nie ma w ogóle nic wspólnego z komitetem, ale dom nie rozumie tej różnicy. Przewodniczący i komitet domowy stanowią dla niego jedno i dlatego autorytet komitetu mocno podupada. [13] Przewodniczący twierdzi, ma się rozumieć, że tych pięć złotych musi zapłacić w łaźni przy Spokojnej, ale nikt nie wie, ile płaci tam naprawdę, a ile zostaje mu z tego w kieszeni.
Tak jak nie wiadomo, ile zarabia na bonach, które trzyma razem z administratorem i których spora część prawdopodobnie jest fałszywa.
Komendant jest z zawodu obcaśnikiem. Nawet zaczął znów powolutku pracować albo pracują jego synowie, ale to tylko tak na pokaz, bo zbytnio rzuca się w oczy, jak bardzo jego praca w komitecie domowym związana jest z jego osobistymi potrzebami…