Pisma wojenne [20] 387
Do kącika zapisano wszystkie dzieci z domu, nawet dwóch szajgeców stróża, którzy bardzo zadowoleni razem z żydowskimi dziećmi siedzieli w bóżnicy. Młodzież z domu, prawie wszyscy chłopcy i wszystkie dziewczęta, którzy potrafią utrzymać pióro w dłoni, zostają wychowawcami i nauczycielami. Każdego dnia z piosenką na ustach prowadzą ustawione parami dzieci na plac Lubeckiego róg Gęsiej, gdzie teraz jest Wołówka. Tam wtłacza się im do główek polskie piosenki – na wskroś polskie, może nawet żołnierskie… Gimnastykuje się je, bawi się z nimi. Dla dzieci, które przychodzą tu z dziesiątków domów, jest to naprawdę wielkie wydarzenie. Plac jest słoneczny, jest też trochę zieleni, z dwoma, trzema drzewami, które przetrwały i nie zostały ścięte na drewno, żeby nim palić w czasie pierwszej ciężkiej wojennej zimy. Kącik dziecięcy wnosi wiele życia na podwórko.
Każdego ranka, kiedy dzieci zbierają się, żeby wymaszerować na plac, na podwórzu roi się niczym w ulu. Nauczyciele i nauczycielki nawołują dzieci, dzieci krzyczą i piszczą, pokazują jedno drugiemu, jak pięknie są wymyte i ubrane, oczka błyszczą im z radości i mają wielką uciechę. Między sobą mówią, ma się rozumieć, po żydowsku, ale nauczycielce, córce rzeźnika „Jadzi”, która w czasie wojny937była też sanitariuszką, nie przystoi mówić po żydowsku, mówi więc do dzieci po polsku i to samo robią pozostali nauczyciele, syn kaletniczki, syn szewca, wychowany w młodzieżówce Bundu Cukunfcie938…
Na początku komitet domowy daje na dzieci po kilka złotych i kupuje się dla nich obiady i kolacje. Kiedy wychodzą na plac i z niego wracają, każde dostaje w rączkę kawałek chleba z marmoladą. Wkrótce jednak zaczynają się w komitecie narzekania, że dzieci pochłaniają cały jego dochód. Komitet domowy wycofuje [18] swoje wsparcie i opiekę nad dziećmi przejmuje komitet młodzieżowy, który półformalnie istniał już zimą, a teraz zorganizował się wedle wszelkich reguł.
W domu widzi się, że komitet młodzieżowy jest aktywny. Każdego dnia wywiesza na bramie nowe zawiadomienia i komunikaty wykaligrafowane polskimi literami, informujące o tym, kiedy dzieci powinny się stawić do wymarszu na plac, jak powinny być umyte i ubrane, ile groszy musi wziąć w rączkę każde dziecko na obiad i kolację i tak dalej. Wieczorem znów słychać młodzież, członkowie komitetu rozmawiają, idąc na albo z zebrania, naradzają się długo i namiętnie. Po burzliwych spotkaniach komitetu młodzieżowego organizowana jest jeszcze zazwyczaj rozrywka dla dzieci. Uczy się je deklamować polskie wiersze i mamy bardzo się z tego cieszą.
Spacery z dziećmi na plac trwają aż do mokrych pogód, do końca lata, potem dzieci spotykają się jeszcze krótko w synagodze, ale z nadejściem zimy kącik dziecięcy się rozpada, by nigdy się nie odrodzić.
Komitet młodzieżowy jest ciągle zagniewany na komitet domowy, nie utrzymuje żadnego z nim kontaktu i postrzega go jako państwo w państwie.
Komitet młodzieżowy organizuje kuchnię dla dzieci, to znaczy przynosi obiady z kuchni dziecięcej przy Karmelickiej 15 i rozdziela je na podwórzu. Z kuchni korzysta około dziewięćdziesięciorga dzieci, ale nieufność wobec pracy społecznej tak daleko już