RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 459 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 459


Pisma wojenne [24] 421

Częściowo tłumaczy się to tym, że od chwili likwidacji polskiej poczty do utworzenia żydowskiej minęło około dziesięciu dni. Pierwszego dnia, kiedy żydowska poczta zaczęła pracować, przejęła rezerwy w formie wypakowanych worków z listami.

Zatrudniony personel był niewykwalifikowany, segregowanie listów zajęło mu dużo czasu. Zanim posegregowano i rozesłano listy, nadeszły nowe worki, których zawartość powoli ulegała przeterminowaniu.

Co należało z tym zrobić? Po prostu przyjąć na kilka dni personel pomocniczy, aby pomógł sortować, ewentualnie wydłużyć czas pracy i tak nadrobić zaległości.

Żydowska poczta pobłogosławiona została jednak dyrektorem, który wbił sobie do głowy, że jest człowiekiem „energicznym”, utalentowanym, oszczędnym, a na domiar wszystkiego – „organizatorem” umiejącym zaradzić wszystkim kłopotom – tak więc, nim wpadł na proste rozwiązanie, by zatrudnić dodatkowy personel, minęły długie tygodnie, i to tak poderwało autorytet żydowskiej poczty, że długie miesiące potem, kiedy poczta naprawdę [9] punktualnie rozsyłała nadchodzące listy i nie miała żadnych zaległości, w mieście ciągle mówiono, że listy przepadają na poczcie…

Swoje rozgoryczenie żydowskie społeczeństwo przelało na żydowskiego listonosza. Kiedy pokazywał się na podwórzu, otaczano go ze wszystkich stron, ciągnięto go za rękaw, krzyczano mu do ucha, pytano dziesięć razy: „Nie, nie ma pan żadnego listu do Grinberga? A dla Rozentala? Dla Morgenszterna?”. „Panie listonosz – wykrzykiwał Żyd z czwartego piętra – ma pan list dla Cemacha, nie? List z Rosji, powiedz pan? Nie ma? Spójrz pan jeszcze raz!”…

Inni się nie ociągali, biegli do listonosza, wyrywali mu listy z ręki, zarzekając się, że to tylko dla jego dobra, żeby mu ulżyć, pokazać drogę, oszczędzić chodzenia po piętrach, ale kiedy przekonywali się, że naprawdę nie ma dla nich żadnego listu, tłumaczyli to sobie prosto, że jedyną przyczyną jest żydowska poczta; przecież wcześniej zawsze dostawali listy.

Im bardziej rosła drożyzna, tym mocniej zaciskał się sznur na szyi Żydów z getta. Tym bardziej uporczywe stało się nagabywanie o listy. Dziesiątki tysięcy Żydów krążyły z rękoma w kieszeni, opanowane jedną tylko myślą: Oj, kiedy dostaną taki list. Niech będzie z Rosji, niech będzie z Ameryki; a jeśli nie, to choć z Końskowoli, z Przasnysza, z Kocka, gdzie mają rodzinę. Niech sobie tamci przypomną i przyślą paczkę! Przecież inni Żydzi ciągle dostają paczki z małych miasteczek, dlaczego im szczęście nie dopisuje?

Wyczekiwanie na paczkę wprost doprowadzało ludzi do szaleństwa; otaczali listonosza i zasypywali pytaniami tak, że ten męczył się samym na nie odpowiadaniem:

– Panie, nie masz pan dla mnie listu?

– Jak się pani nazywa? [10] – Goldsztajn.

– Numer mieszkania?

– 70.

– Nie.

– A może ma pan pod 76? A może pod 30?

– Mieszka pani pod trzema numerami?

– Nie.

[11] Żydówka jest po prostu ciekawa, czy jej sąsiadka, ta sąsiadka z jej trefnym szczęściem, nie dostała przypadkiem listu. Po prostu musi to wiedzieć.