Pisma wojenne [26] 441
robotników. Miało się to brać stąd, że robotnicy nie mogli zapewnić swojej kooperatywie koniecznego kapitału zakładowego, ale szybko okazało się, że cała ta kwestia jest tylko zasłoną dymną, po prostu bajdą, nic bowiem takiego nie było w ogóle potrzebne, zważywszy że surowce miał dostarczać Niemiec, [9] robotnicy narzędzia, a wynagrodzenie było tak niskie, że nie warto o nim wspominać. Mniej więcej regularne wypłaty pojawiły się wtedy, gdy zajęli się nimi Niemcy. Prawda, że część podriadczyków, byłych przedsiębiorców, mogła dostarczyć ileś tam lepszych i nowoczesnych maszyn i łatwiej im było ująć tym Komisję Pracy. Ci fachurzy wyczuli, że będzie to dobre miejsce dla ich „prywatnej inicjatywy”, dla robienia wałków, kręcenia lodów i wszelkiej wojennej spekulacji. Nie szczędzili więc starań, by przekonać do siebie członków Komisji. I tak oto odrzucono fantastyczny plan stworzenia kooperatywy i powstał typowy warsztat z majstrami, który to zaraz, jakby sam z siebie, przyjął nazwę „szop”.
Kierownictwo szopów, starzy majstrowie, jęli dobierać sobie pracowników, którym przede wszystkim kazali przynieść własne maszyny, a kiedy ci się zorientowali, czym to pachnie i chcieli je odebrać, było już za późno... Z lwiego pyska [10] ręki już nie wyrwiesz... W imieniu Niemców majstrowie oświadczyli, że maszyn nie będzie się zwracać...
Majstrowie, gospodarze szopów, zaraz ustalili wysokość zarobków, które były tak mizerne, że robotnikowi pracującemu od rana do późnego wieczora czasem nie starczało na posiłek ani dla niego samego ani dla jego rodziny. Jednak, aby robotnik miał po co przychodzić do szopu, Niemiec przez majstrów okazał mu łaskę i obdarzył dwoma błogosławieństwami: porcją chleba i zupą oraz, co znacznie ważniejsze, ochroną przed wywózką na roboty przymusowe.
Ten drugi przywilej wykorzystywał oczywiście żydowski majster, ciągnąc z niego odpowiednie korzyści szczególnie w czasie łapanek na roboty do obozów prac przymusowych.
Płace były nie tylko mizerne, ale i zależne od kaprysu majstra. Kiedy nie chciał płacić, bez skrępowania napomykał jedynie o robotach przymusowych, postraszył „obozem”, a już milkł domagający się [11] swej głodowej wypłaty robotnik. Inni majstrowie, kuci na cztery nogi gospodarze szopów, zachowywali się jeszcze wstrętniej. „Czego chcecie?” – pytali robotników. „Nie musicie tu stać w błocie po kolana i nogi wam nie puchną... Nie musicie tłuc kamienia na szosach za ćwiartkę chleba dziennie... Pracujecie przecież w szopie...”.
Zanim jednak zapoznamy czytelnika z osobą żydowskiego majstra, musimy dokładnie wyjaśnić, kto jest jego bezpośrednim pracodawcą.
Hitlerowskie władze w okupowanej Polsce przekazały zarząd nad produkcją na potrzeby wojenne oraz cywilne kilku niemieckim przedsiębiorcom – wojennym spekulantom, którzy nie żałowali pieniędzy, by utrzymać swą pozycję i w ten sposób uniknąć pójścia na front oraz zarobić miliony. Były to firmy: Toebbens, Schultz, Steinman1015, otrzymywały one surowce i zamówienia z „Centrali” w Berlinie. [12] Otrzymane materiały firmy przekazywały majstrom kierującym szopami. Gotowe produkty z getta przesyłała do ich miejsc przeznaczenia Transferstelle. Z polskich szopów po tamtej stronie