RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 67 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 67


Pisma przedwojenne [5] 29

twych przestworzach, jak uparte wschodzenie i więdnięcie traw o, o, o”. Uderzyłem pięścią w żelazne łoże, rozpadło się na tysiące kawałków niczym członki mego dawnego Boga. Wyszedłem potem na gwarną ulicę, niosąc w sercu bolesną wiedzę o dniach wydartych przyszłym pokoleniom. Złapałem za kudły dziwkę i potrząsałem [nią] jakby niedopałkiem nad głową miasta:
– Powiedz mi kreaturo, jakiemu wyleniałemu bogu złożyłaś w ofierze swe ciało? Dziwka rozwarła szeroko przestraszone oczy i wyjąkała mi w twarz, wionąc smrodem zepsutych zębów:
– Tobie, tobie, panu, panu…
Wlokłem się tak na chwiejących się nogach jak postrzelony zając. Od bramy do bramy, z ulicy na ulicę. Rozbieganymi oczyma szukałem wytłumaczenia mego bezcelowego istnienia.

[7] Moje wołanie na świat było jak wybuch tysiąca granatów, zaczęły krzyczeć kamienie i chmury, zawodziły gwiazdy, którym zmylono szlak na eony – bezpotomnie, bezpotomnie…

A kiedy przeszyty mą siłą się obudziłem, stałem na ulicy nagi i bosy. Bezkrwisty, nieczuły, bez czucia, bez duszy. W ciemności płonęły tylko błękitne ognie – głębiny moich rozpalonych oczu. Przeklęty na zawsze. Bezpotomny!

Łódź, lato 1921 r.

עיצארענעגעד

[Degeneracja]

Siedziałem na przyzbie i nerwowo nizałem minuty mego niknącego bytu. Zuchwały stukot kowadła niosący się z kuźni mego sąsiada upominał mnie, bym zgasił nadpalony knot mego pełgającego żywota, a każdy błękitnawy płomień podsycany kowalskim miechem tłoczył w moje mięśnie czerwoną krew ucieczki w tyrolskie lasy. [8] Tym razem zabrakło mi sił, by stawić opór konwulsjom, które opanowały moje wyposzczone członki. Świadomość własnej nikczemności w kosmosie milionów podobnych mi śmiertelników szukających ofiary zawlokła mnie ku fatamorganie, oazie ludzkiego zapomnienia. Nagi jak moi czarni bracia za kipielą oceanów odkrzyknąłem życiu namiętnymi usty: „Ha, mnie, mnie, no dawaj!”. W moich oczach zapłonął ogień wiary w istnienie ciała i kości, a niebo nad mą głową bez ustanku unosiło się w bezgranicznej wyobraźni. Czułem milczące, uparte wzrastanie kamieni pod stopami. Blisko spokrewniony ze wszystkim, co pragnie istnieć i trwać, ryczałem, pulsując krwią: „Zwycięstwo!”.

Co memu ciału, to i mnie! Wino i chleb to moja wieczność, są dla mnie. Zwycięstwo!

Wtem napowietrznym krokiem, szemrzącym niczym struga tnąca równinę, przeszła obok mnie kobieta. Jej pochylona głowa przywodziła na pamięć młodą brzozę wyrosłą na mokradłach.

[9] Jej biodra unosiła kobiecość młodej matki. Jej smukła szyja oddychała odwiecznością tyrolskich Dolomitów. Jej młode piersi – dwie owieczki tulące się do maminego łona, jej oczy – głębokie jak spojrzenia portretów malowanych przez Leonarda da Vinci.