RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 75 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 75


Pisma przedwojenne [6] 37

plecach i nogach, tak że ludziom odechciewało się żyć. Pragnęli skrócić te okropne męki. Konie, tak jak ludzie, ciągnęły resztką sił, stąpając ze zwieszonymi łbami. Grzywy na ich wychudłych szyjach przypominały ciężkie mokre szmaty. Boki i brzuchy im się pozapadały, uszy przylepiły do czaszek, a sierść nasiąknęła wodą. Wybawieniem dla ludzi i zwierząt stawała się tylko śmierć. Kiedy umierał człowiek, jego towarzysz z wozu obok powiadamiał o tym innych. Przyjeżdżał Czerwony Krzyż i zabierał zwłoki, żeby nie leżały na drodze i nie siały postrachu wśród pozostałych przy życiu... Kiedy padał koń, zostawiało się go na drodze, chyba że tarasował przejazd, wtedy ściągało się go na bok.

Rano na drodze zalegały rzędy padłych nocą koni, które znikały jednak z biegiem dnia. Nie zabierali ich hycle, lecz ktoś inny...

Mimo surowego zakazu jedzenia padliny, ze względu na rozmaite znajdujące się w niej zarazki, ludzie zakradali się w strugach deszczu i ostrymi nożami wycinali najlepsze kawałki z końskich boków i piersi. Końskie trupy leżały więc z powykrawanymi wnętrznościami. Czerwone jamy, z których wypływały zastygłe strugi krwi, odcinały się od szarego tła ziemi. Nikt nie wiedział, kiedy, gdzie i kto gotuje i je skradzione mięso. W deszczu trudno było przecież rozpalić ogień, a mimo to padlina wciąż znikała. [3] Porozcinane końskie ciała z powykręcanymi łbami, rozwartymi szklistymi oczami i wypatroszonymi brzuchami zdawały się upiornie śmiać z tego, w co się teraz obróciły. Ten ich śmiech niósł się po górach i odbijał złowrogim echem. Słyszeli go jeńcy, żołnierze i tyrolscy chłopi. Wszyscy bowiem z przerażeniem odkryli, że wpadli w straszliwą pajęczynę śmierci, która rozpięła się nad światem. Wielu mieszało się od tego w głowach. Krążyli po barakach z błyszczącymi oczami, w rozgoryczeniu mruczeli coś do siebie, aż w końcu odsyłano ich do obozu dla obłąkanych.

Pewnego ranka pewien rosły, barczysty chłop bluznął z nagła najgorszymi przekleństwami na tych, którzy zesłali go w tę deszczową krainę. Goj wyrywał się, jakby z kimś walczył, wygrażał komuś pięściami.

– Przeklęci, co z nas zrobili?! Złodziei końskiej padliny? Lepiej weźcie sobie mnie, no bierzcie!

Zdarł z siebie ubranie, szarpnięciem otworzył drzwi i jak wicher ruszył w dół po śliskim zboczu góry. Jego poruszeni towarzysze wylegli, żeby patrzeć, jak biegnie bez tchu. Jeden z nich rzekł cicho:

– Spadnie i się połamie. Jest strasznie ślisko.

Ale chłop nie spadł. Szybki jak kozica przeskakiwał po kamieniach, przesadzał skalne rozpadliny, aż stanął tam, gdzie leżały czerwone pocięte końskie trupy. Wyciągnął z kieszeni ostry nóż i zaczął machać do towarzyszy na górze, wołając:

– Hej, chłopcy, chodźcie, wytnijcie sobie kawałek, weźcie sobie mnie, na co wam końskie mięso!

[4] Wymachując nożem, wołał tak aż do ochrypnięcia. Nie doczekawszy się jednak żadnego odzewu, zaśmiał się dziko. Echo poniosło jego złowieszczy śmiech między skały. Dopiero wtedy ocknęło się kilku jego towarzyszy i postanowiło go sprowadzić do obozu. Chłop, widząc, że po niego idą, zaczął tańczyć wśród martwych koni. W końcu zerwał z siebie ubranie i stał tak z obnażonym przyrodzeniem.

Zbliżający się do niego w milczeniu, nie wiedzieli, jak go potraktować po dobroci. Przekonać, by odłożył nóż, czy też otoczyć i natychmiast go unieszkodliwić? A może mamić tym, że chcą się przyjrzeć jego mięsu?...