RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 85 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 85


Pisma przedwojenne [6] 47

[1] לגילפֿ עצראװש [Czarne skrzydła]

Oficer, któremu posługiwałem, najwyraźniej radził sobie beze mnie. Tam w górach, pięćdziesiąt kilometrów od frontu, był zmuszony żyć skromnie. Jeśli do czegoś mnie potrzebował, to tylko do dwóch rzeczy: zdobywania chleba albo mąki, które posyłał rodzicom do głodującego Wiednia, oraz do wynoszenia nocnika.

O ile to drugie zajęcie było przykre, o tyle pierwsze łagodziło jego obrzydliwość. Byłem bowiem zwolniony z obowiązku codziennej jenieckiej pracy, a idąc po chleb dla mego oficera, za paczkę tabaki zdobywałem też co nieco dla siebie. Chodziłem sobie sam, bez żadnej wojskowej asysty, co było tak wielkim szczęściem, że żadne brudy tego świata nie były mi wstrętne.

Kiedy po raz pierwszy ruszyłem do chłopów z plecakiem pełnym tabaki, szedłem krętymi górskimi ścieżkami, raz po raz oglądając się za siebie. Szukałem wzrokiem strażnika i dopiero co opadłych kajdanów… A kiedy się przekonałem, że nikogo poza mną tam nie ma, z wielkiej radości zakrzyknąłem tak, że ze wszystkich stron odpowiedziało mi echo:

– Wolny, wolny, wolny!

Wychodziłem zazwyczaj po śniadaniu. Powietrze było czyste i przejrzyste, pachniało milionem akacji. Moja pierś okazała się zbyt wąska, by przyjąć tak potężny jego haust. Chłonąłem wonne powietrze, które mnie wprost upajało. Nad głową miałem jasnoszare niebo i łagodne słońce. Im bardziej się ono zniżało, tym czarowniejsze stawały się barwy. Raz góry ukazywały się w ciemnym granacie, a innym razem w zieleni przetartej błękitem, różem, purpurą i pomarańczem. Bogactwo doznań wypełniało me serce wzruszeniem. Szło mi się lekko, jakby u stóp wyrosły mi skrzydła. Potężne milczenie gór było niczym tchnienie wieczności. Wokół nie było żywej duszy i z trudem mogłem sobie wyobrazić, że to wieczne piękno zbruka krew...

Szedłem odurzony, płacząc ze szczęścia: wolność, światło, spokój! Niebo, góry, słońce jakież one piękne!

Człowiek, który nałożył kajdany na ręce moje i milionów mi podobnych, tu, w Dolomitach, zdawał się być tylko nędznym robakiem.

Lubiłem te wyprawy w góry, smakował mi też wiejski chleb, robiłem więc wszystko, by zadowolić mego oficera i pozostać u niego na służbie.

[2] Tylko mój poranny obowiązek sprawiał mi nieco przykrości.

Kiedy po raz pierwszy wylewałem zawartość nocnika, dostrzegłem skrzepły mocz, ra żer oficer był młody i dobrze zbudowany, powziąłem przypuszczenie, że musi być wenerykiem. Potem długo szorowałem ręce mydłem.

Śniadanie przysyłane mojemu oficerowi z kuchni składało się z dwóch cieniutkich kromek chleba z powidłami oraz z czarnej kawy. Chleb dostawałem ja, oficer pił tylko kawę. Nie najadałem się tym, ale też nie głodowałem jak wcześniej.

To moje podwójne życie sługi i wolnego ptaka trwało kilka miesięcy. Pewnego ranka, kiedy do niego zaszedłem, powiedział:

– Pójdziesz do pokoju naprzeciwko. Zapukasz. Mieszka tam Liza. Posprzątasz u niej.

Powiedział to swym zwykłym oschłym i rozkazującym tonem, jakby chodziło o każdą inną czynność.