RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Pisma Pereca Opoczyńskiego

strona 90 z 530

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 90


52 Pisma przedwojenne [6]

Żydzi zbijali się w gromady, bo sąsiedzkie spojrzenia kłuły ich jak noże. Patrzył Żyd na goja i myślał: „kto wie, może to on zabił tam w domu moją matkę, może zhańbił moją siostrę?” A goj, widząc Żyda, klarował sobie: „to przez takich jak on Rosja przegrała wojnę, a ja popadłem w niewolę”.

Przy robocie na szosie, w lesie, na stacji kolejowej, wykorzystywano każdą minutę, by głuszyć głód nową porcją fantastycznych opowieści o Żydach. Niezdrowa podnieta buzowała w gojach jak arak95. Chodzili niczym w transie.

Po jednej stronie baraku w kątach siedzieli chłopi i roili sobie, że po wojnie dostaną ziemię, dużo ziemi, w końcu tyle wycierpieli dla kraju… W uszach dźwięczały im kląskania słowików i kukułcze głosy, pachniały im już wilgotne łąki, które wkrótce miały się stać ich własnością. A po drugiej stronie kulili się Żydzi i wyobrażali sobie swoje domy zalane krwią, osmalone sprzęty, zhańbione matki, żony, córki…

W baraku zrobiło się tak duszno, [3] że aż dławiło. Chciało się wyrwać, przebić przez druty i biec do domu, by zobaczyć zniszczenie na własne oczy…

Uciekłem wraz z trzema innymi Żydami. Kiedy dotarliśmy do jakiejś węgierskiej wioski, zaczęliśmy szukać naszych i trafiliśmy na uchodźców z Galicji.

W okienku na wpół zrujnowanej chaty ujrzeliśmy twarz starej żydowskiej kobiety.

– Dobry wieczór, babciu – przywitaliśmy się.

– Dobry wieczór, dobry rok, dzieci – odparła i zaprosiła nas do środka, nie pytając o nic. Nie musiała. Po prostu pozwoliła się nam skryć przed węgierskimi żandarmami.

Snuła się po izbie, mówiąc do nas cicho i robiąc herbatę, a my, popatrując na nią, pragnęliśmy wyczytać prawdę o tym, co się wydarzyło. Obawialiśmy się pytać. Lecz staruszka i to pojęła, po czym sama zaczęła opowiadać.

Nasze cienie się wydłużyły. Z winnic niosły się głosy podochoconych mężczyzn, a czerwonawa kula słońca na horyzoncie zmalała i pozostawiła po sobie tylko świetlistą zorzę. Twarz i rzbolałer oczy staruszki skryły się w półcieniu. Zaczęła swoją opowieść: „Byliśmy sami, inni uciekli. Zięcia trafiła zbłąkana kula. Nim przyszli Rosjanie, pchnęłam moje wnuczki, trzy dziewczynki, krew z mlekiem, i córkę sąsiadów w kąt izby i zastawiłam je stołami, krzesłami i ławkami poustawianymi jedne na drugich. Dziewczynki leżały, wstrzymując oddech. Moją córkę, ich matkę, położyłam do łóżka. Nadchodził wieczór. Nieopodal miasteczka nieustannie dudniły armaty. Wybuchów granatów nie było już słychać. Nagle dało się słyszeć pukanie do drzwi. Serce mi zamarło, ale wiedziałam, że muszę otworzyć. Weszli dwaj kozacy z bronią i zaczęli się rozglądać. Przyjrzeli się górze stołków i krzeseł, a potem ich wzrok padł na łóżko.

– Kto tam leży? – zapytali.

– Moja córka, jest chora – odrzekłam. Spojrzeli na mnie i ruszyli ku łóżku.

– Podnieś się – powiedział jeden z nich do córki. Biała jak ściana zrobiła, co jej kazał.

Wtedy kozak spojrzał na towarzysza, tamten zgasił lampę…”.

Staruszka wzięła głęboki oddech. Jej pomarszczona twarz zdała się nam jeszcze bardziej poryta przez czas. Złożyła ręce na zapadłych piersiach i kiwała się na swym stołeczku, a jej spojrzenie przeszywało nas na wskroś. [4] Siedzieliśmy w milczeniu,