Rozdział 4. Proza [71] 301
Garbarnia, miejsce pracy Srolkego, legła w gruzach i pyle, a towary, które tam były, zarekwirowała nowa władza. Srolke rozumiał, że musi szukać nowej pracy, obojętnie jakiej: noszenie bagaży lub drobne naprawy… Mieszkania wyglądały jak po trzęsieniu ziemi. Pozbawione szyb [29] okna [x]74 zabijano dokładnie [x]75 gcienkąg pdyktąp, którą udawało się zdobyć, kupić lub wyciąć… Ceny szkła poszły w górę. A bogaci…, bogaci mieli dość pieniędzy, by zapłacić.
Brakowało rąk do pracy. Wystarczyło, że ktoś posiadał koszyk i diament do cięcia szkła, i jeśli ktoś taki, jak Srolke, nie był leniwy, tylko „aby zdrowie było”, ten nie narzekał na zarobki. Zrobiło się chłodno, nadciągała zima. Trzeba było wstawić szyby, w przeciwnym razie [wszystko] nasiąkało wilgocią. Poza tym dykta nie przepuszczała światła dziennego.
Przed wojną trzeba było krzyczeć na podwórkach: „Szyby, szyby!” – i tak w kółko. Dziś jednak nikt o tym nie pamiętał.
Wolfowa zapukała do drzwi:
– Szyby, panie Srolke. Niech Bóg da wam zdrowie. Idzie zima. Bermanowie:
– Szyby, [x]76 marzniemy…, zlitujcie się.
Chleb jest drogi, recepty dla córki, Żeni, też kosztują, w dodatku trzeba jeszcze napalić w piecu, żeby, nie daj Boże, na drugie oko nie zachorowała (jedno ma chore). Z nieba nic samo nie spadnie, chyba że kulka w łeb. [Tak sobie rozmyślała Bejla.]
– A gdzie się znowu podział ten łobuz, Salek. Skaranie boskie z nim! Ludzie uciekają za granicę, czy i jego tam zaniosło?
Bejla nie próżnowała. Pomagała mężowi przy pracy. Dopasowywała szybę do ramy okiennej i zalepiała kitem.
Żeni zachciało się placków ziemniaczanych77 (latkes78). Za pieniądze można było dostać zarówno ziemianki, jak i olej rzepakowy. Bejla wpadła na pomysł, żeby handlować plackami na ulicy… Ich zapach rozchodził się po „placu przed Żelazną Bramą”. Dzieci Bejli sprzedawały je po dwadzieścia groszy za sztukę.
Tak więc Żenia żywiła się plackami i tym, co przynosiła jej Liza, a były to same smakołyki: skondensowane mleko, owoce, słonina… Żenia była jej oczkiem w głowie, niczego jej nie odmawiała.
Jedną rzeczą, jakiej Żenia bała się naprawdę, było ciężkie, porysowane, stare lustro, które zakurzone wisiało nad jej łóżkiem. Postanowiła, że poprosi Lizę, [30] żeby kupiła jej małe lusterko, takie tylko dla niej. Chciała zatrzymać je do całkowitego wyleczenia rany, kiedy nos znowu będzie nosem, a oko na nowo zabłyśnie jak brylant… Stare, ciężkie lustro kołysało się nad jej głową jak pijane i napawało ją lękiem. Nie spodziewała się po nim niczego dobrego. To przez nie rozpłakała się głośno. Właśnie do sutereny przyszła Liza. Zaczęła ją pocieszać: