Rozdział 4. Proza [71] 321
[x]159 Zwoje Tory leżały w rynsztoku, rabini musieli po nich deptać160 nogami. Niemieccy koloniści z miasteczka zachowywali się jak dzikie zwierzęta. Miejscowi policjanci tratowali zgromadzonych, wyśmiewali, przetrząsali ich ubrania w poszukiwaniu ukrytych pieniędzy, mordowali, na końcu nieoczekiwanie podpalili synagogę ze wszystkich stron… Żydów zapędzono bagnetami do hali fabrycznej niczym stado owiec do rzeźni. Do ciasnego pomieszczenia wtłoczono starców, kobiety i dzieci (młodzież dzień wcześniej się rozbiegła) – dwa tysiące pięćset dusz.
– Tutaj powyzdychacie jak w Egipcie161 – drwili ci z policji. – Za zamkniętymi drzwiami psy was pożrą…
I tak stali przez dwie doby, jeden obok drugiego. Nie było miejsca, żeby usiąść lub się położyć.
Ostatni akt. [x]162 Na dworcu podstawiono pociąg towarowy z pięćdziesięcioma wagonami. Do każdego wagonu wepchnięto pięćdziesiąt osób. Dopiero teraz można było usiąść na brudnej podłodze i dać wytchnienie obolałym od stania nogom i przynajmniej pomarzyć o jakimkolwiek, [59] byle szybkim końcu.
Ale koniec nie nadszedł szybko. Pociąg jeździł po całym kraju, od jednej stacji do drugiej. Dzień i noc, i dzień następny. Wagony były zaryglowane i zaplombowane.
– Wody, kropli wody dla chorego dziecka, straciło przytomność, umiera.
– nSterbt! Juden müssen bis zum letzten sterbenn!163
Taka była odpowiedź na rozpaczliwe wołania matek, które musiały patrzeć bezradnie, jak ich niemowlęta umierają z głodu i pragnienia.
W wagonach było również kilku polskich chrześcijan. Mieli prawo do otrzymywania ciepłego picia.
Pociąg poruszał się jak statek bez steru i celu. Z wagonów dobywał się smród. Liczba zmarłych rosła.
Minął dzień trzeci. Nadszedł czwarty. Wielu straciło nadzieję, że kiedykolwiek dotrą do celu. Błagali i wołali:
– Zastrzelcie nas, nie ma gorszej śmierci niż ta tutaj.
W odpowiedzi w stronę wagonu padł strzał, kula przebiła drewnianą ścianę wagonu i trafiła w czyjeś serce. Kto miał przy sobie pieniądze i kosztowności, wyrzucał je przez szpary w podłodze wagonu. Katom nie należał się żaden spadek.
Dopiero na piąty dzień otworzono drzwi. gZ omdlałym dzieckiem na rękach Blumkag164 stała na stacji między Radomiem i Kielcami.