Rozdział 4. Proza [71] 329
Sender uskoczył, ale na jego oczy zaczął opadać mrok, coraz szybciej. W głowie dudniły młyńskie koła. Padł na śnieg, trafiony przez kulę.
* * *
Gruby śnieg pokrył drogę biegnącą z Lublina do Parczewa przez Lubartów. W połowie lutego jego biel nasiąkła żydowską krwią. Przez ponad pół miesiąca jej strużki czerwieniły się na białych zaspach, aż spadł ulewny deszcz i zmył wszystkie ślady zbrodni razem ze śniegiem…
– pO, Jezus Mariap!
Od czasu do czasu drogą przejeżdżały chłopskie sanie. Przestraszone konie parskały. Rwały do przodu, ile sił w nogach. Furman przeżegnał się ze strachu. Wiatr zawodził w pobliskim zagajniku niczym potępiona dusza. Gdzieniegdzie z rowów wystawały okaleczone ludzkie członki…
[4] Pokrytą śniegiem drogą z Lublina do Lubartowa ciągnęły długie kolumny młodych mężczyzn. Ich wypłowiałe mundury były podarte, nogi i głowy poowijane łachmanami. Siedmiuset żydowskich jeńców wojennych pędzono tą przeklętą drogą193.
– Tempo!
W saniach za nimi jechali ubrani w czarne mundury [SS–mani]. Wódka, którą się raczyli, rozgrzewała i zachęcała do strzelania do jeńców. [Krzyczeli:]
[–] Na zdrowie. Niech żyją szwadrony śmierci! Na zdrowie! Niech żyje niemiecki duch…, duch Adolfa!
[–] Dalej, Żydzi! Ramiona wysoko! Głowa do przodu! Tak macie iść!
[–] Uważaj, Żydzie! Zatrzymasz się lub potkniesz ze zmęczenia, a twój los będzie przesądzony. Jeden strzał i twoja gorąca jucha tryśnie na ten biały śnieg.
[–] Masz iść, Żydzie, pewnym, żołnierskim krokiem! Uważaj, Żydzie, żeby wesoły braciszek nie podstawił ci nogi… Upadniesz albo wystąpisz z szeregu na jeden krok, a pożegnasz się z życiem. Jeden strzał i twoja krew spłynie na zaśnieżone pole…
– O, Jezus Maria! – przejeżdżający obok chłop przeżegnał się ze strachu. Kula trafiła go w pierś tam, gdzie zrobił znak krzyża. Dosięgła również konia.
– nWenn das Judenblut vom Messer rinntn… – rozlega się śpiew z diabelskich gardeł. Z każdym krokiem pędzonych ludzkich zjaw ubywało w szeregach. Droga prowadziła pod górę. Tych, którzy pozostali w tyle, dosięgły kule, krew lała się ciepłą strugą.
Żaden nie jęknął. Padali na ziemię cicho jak źdźbła słomy, jeden za drugim. Ci z ostatnich rzędów parli do przodu, chcąc ocalić [5] życie. Kaci śmiali się dziko. Mieli świetną zabawę. Komendy padały równocześnie:
– nHalt! Kehrt. Weitern!194
Teraz ostatni idą na przodzie, ci z pierwszych rzędów z tyłu. I znowu strzelają. Powietrze jest gęste od kul. Kilkunastu młodych ludzi oddaje ostatnie tchnienie.
Przy drodze leżał folwark. Kolumna zatrzymała się. Zostali zapędzeni do dwóch długich stodół, by w nich przeczekać noc.