Rozdział 4. Proza [71] 383
jego tłustą pgębąp. Zamaszyście wymachiwał rękami i szeroko stawiał nogi, rozdzielając kopniaki i ciosy przechodniom, którzy w roztargnieniu nie zauważyli umundurowanego mężczyzny i nie ustąpili mu w porę miejsca z odkrytą głową. O wiele gorzej obrywali Żydzi, którzy niespodziewanie zachodzili mu drogę… Drogę zablokował leżący na chodniku nieprzytomny człowiek. Książę zatrzymał się na chwilę. Z głębi gardła wyrzekał:
– Przeklęty przez Boga naród…
Przeszukał ppołęp szerokiego munduru, wygrzebał z portfela jednego feniga i z impetem rzucił żebrakowi. Rozkazał przechodniom, żeby poszli za jego przykładem. Pokrzykiwał groźnie na nich, stojąc majestatycznie na rozstawionych nogach, aż przestraszony żebrak podniósł się i schował na tyłach cmentarza.
Widoki, jakie czekały na księcia na cmentarzu przerosły jego wszelkie wyobrażenia. Ustawił aparat, żeby zrobić zdjęcia. Lecz odór setek rozkładających się ciał zwalił go z nóg, gwałtownie zwymiotował i dostał skurczów żołądka. Jego masywne ciało miotało się w konwulsjach. Żeby przywrócić równowagę nadszarpniętym nerwom i zapobiec [95] katastrofie na miejscu, konieczna była interwencja lekarza.
Przy głębokich grobach piętrzyły się nagie trupy…
Nie ma słów, żeby opisać [ostatnie] minuty konającego z głodu…, na środku ulicy w świetle dnia. Śmierć jest wtedy czymś zwykłym i naturalnym. Przychodzi jak wybawienie od dni naznaczonych cierpieniem. Ostatni oddech, stępione zmysły, mętny umysł. Wybawienie od rozpaczy i bólu. Śmierć kładzie kres wszystkim dolegliwościom.
Suchotnicze, wystawione na widok publiczny ciała przykryje za chwilę cierpliwa ziemia. Niektóre twarze wyrażają spokój, jak gdyby ich właściciele dotarli do upragnionego celu.
Teren [cmentarza] z bezimiennymi, bliźniaczymi grobami rozrastał się w zastraszającym tempie. W długich szopach na stosach leżały setki trupów, jeden na drugim, stopami do głów, głowami do stóp, jak długie uschnięte śledzie, z których z upływem czasu pozostają jedynie ości i skóra.
Kłębowisko mężczyzn i kobiet. Na nagich ciałach sterczały gnijące organy płciowe. Przeżarte głodem, skrofulozą i tyfusem plamistym członki straciły kształt i barwę. Sklejone potem, rozkładające się jeden w mięsie drugiego – [wyglądały] jak publiczne podwórko z fermentacją i gnojówką. Wytrzeszczone oczy, rozwarte usta czekały na łaskę, aż przykryje je ziemia – ziemia do nawożenia.
Bejla użyła całego swego talentu oratorskiego. Jej syn Niomele, który kiedyś się zbuntował i żądał dla siebie dodatkowej porcji zupy, zszedł z tego świata. Matka żegnała najmłodszego synka osobliwą przemową:
– Niome, odszedłeś od nas i zostawiłeś nas, Jome349, samych… Posłuchaj, Jome, nie powinieneś był się nam naprzykrzać, już dosyć poniosłam ofiar… Idź do twojego ojca Srolkego, Jomiszi, słyszysz, co mówię – poszukaj ojca, niech spoczywa w pokoju, i wujka Chila, oby miał świetlisty raj. Odszukaj ich, niech zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby nieszczęście odwróciło się od naszej rodziny.
[96] Nad świeżymi grobami rozbrzmiewał jej płacz i niósł się przez cmentarz poza granice getta.
– Jomiszi, moje drogie dziecko, rozstałeś się z nami bez żalu…