Rozdział 4. Proza [72] 401
nie mogła pozostać bez zajęcia i bez ruchu. Teraz jednak, leżąc tak w łóżku, najbardziej cierpiała z powodu okropnego głodu, który panował w jej domu.
Być może u nich w domu bieda nie była tak duża jak u innych, nawet jak u jej biednych sąsiadów. Być może głód, który odczuwały dzieci jej brata i pozostali domownicy nie był taki okropny, jak u innych jej znajomych. Jej jednak, pani Hali, zawsze się wydawało, że w jej domu jedzą mniej, cierpią więcej i głodują bardziej niż gdzie indziej…
Udało jej się jednak tak zmienić zachowanie dzieci i dorosłych, że nikt nigdy nie skarżył się z powodu głodu. Że gdy tylko ktoś wspomniał, wyrwało mu się choćby jedno słowo, że jest głodny, drugi ze szlachetną godnością przychodził mu z pomocą:
– Masz, zjedz to, co zostało, ja i tak już nic nie będę jadł! Ty już skończ to, co zostało!…
I bez wątpienia obaj, zarówno ten, który odstąpił swoją niedokończoną porcję, jak i ten, który był głodny i chciał jeszcze coś zjeść – wstaliby ze swoich miejsc i długo dyskutowaliby, aż w końcu ta niewielka ilość jedzenia, która zaoferowana została głodnemu, zostałaby na stole i żaden z nich nie miałby z niej żadnego pożytku…
Tak było w jej domu, bo tak mocno wszczepiony został w jej serce i w serca jej bliskich szacunek i powinność spełnienia każdego życzenia [innych]…
Bardzo cierpiała, leżąc tak chora w łóżku, bo miała teraz najlepszą okazję, aby zobaczyć, jak głód zadomowił się u niej w domu. [15] Udawała, że nie patrzy, ale dobrze widziała, jak mała, siedmioletnia Pepi kręci się, bawi się i podskakuje wokół okrągłego stołu, od czasu do czasu spoglądając na pół bochenka chleba, które leży na tacy na stole. Za każdym razem gładzi go lekko albo głaszcze z miłością i dwoma maleńkimi paluszkami odrywa mały, maleńki okruszek i wkłada go do buzi… Jej niewielkie niebieskie oczęta świecą się jak świeczki…
Wyrośnięty Moryc był przykładem dla wszystkich dzieci w domu. To on pokazywał im, jak mają się zachowywać w szkole i w domu. On, który wykazywał twardą wolę i powstrzymywał się od jedzenia, zachowywał się zupełnie inaczej, gdy nikt na niego nie patrzył.
Nie, w duchu nie zmieni się nigdy. Ma za dużo silnej woli, aby dać się zwieść złym instynktom i złapać kawałek chleba lub coś innego do jedzenia, gdy jest sam w domu.
Nie może jednak wytrzymać, gdy jedzenie leży na stole. Wówczas odchodzi na bok i patrzy tak długo na chleb, często trwa to długie minuty, aż uzna, że to wystarczy i dopiero wtedy przykrywa jedzenie kawałkiem papieru albo lnianą serwetką i odchodzi od stołu.
Jego ciotka, pani Hala, najbardziej nim się przejmuje. Gdy Moryc tak patrzył na chleb, pani Hala widziała, jak jego usta ledwo dostrzegalnym ruchem przeżuwały smakowity miąższ i czuły wyraźnie ten smak, który także poczuł jego żołądek, przeżuwając kawałek suchego chleba…
Także mały Heniek, który jest jakby kopią dużego Moryca i prawie we wszystkim go naśladuje, jeszcze bardziej wykazuje silną wolę, gdy tylko ujrzy jedzenie.
W pierwszym momencie jego wielkie niebieskie oczy spojrzały jakby z wnętrza, ze środka jego ciała, kąciki ust lekko zadrżały, wiedzione pożądliwymi i ciekawskimi oczami. Ale jak tylko ujrzał jedzenie, właśnie coś mu się przypomniało i jego ciało szybko się odwróciło, trochę przyduża głowa wykonała taki ruch, jakby odczuwała odrazę do tego, co właśnie zobaczyły jego oczy i natychmiast odszedł daleko od stołu, daleko od jedzenia…