444 Rozdział 4. Proza [76]
Stopniowo dołączyli do nich inni przyjaciele. Na początku jego znajomy Teoś, który przypadkowo wysłuchał wiadomości Lejbusza i już nie chciał odejść. Potem przyjaciółki Guty i Ety, które dowiedziały się, że można posłuchać najnowszych wieści. W ten sposób z dnia na dzień towarzystwo rozrosło się do piętnastu osób.
Bardzo się między sobą różnili, zarówno pod względem wieku, jak i wykształcenia, pochodzenia społecznego, zawodu i charakteru, a także pod względem przekonań narodowych i społecznych. Mieli z gruntu różne poglądy, jednak wspólne niebezpieczeństwo i cierpienie, wraz z nadziejami i radościami, jakie przynosiła im lektura komunikatów, uczyniły z nich coś na kształt idyllicznej rodziny, w której serca biją jednym rytmem, a pierś harmonijnie odmierza wdechy i wydechy. Zdradzało to zawsze, czy wiadomości byłe złe, czy dobre. „Czemóż to jeszcze nie ma Lejbusza?” Ogólną wrzawę rozmów wszystkich zebranych przerwała wiecznie niespokojna Foja: „Może coś mu się stało?” W tym momencie otworzyły się drzwi i ukazał się w nich Lejbusz. Z jego promiennej, uśmiechniętej twarzy, łatwo było wyczytać, że przynosi jakieś bardzo dobre wiadomości.
W jednej chwili, zanim jeszcze Lejbusz zdołał zdjąć palto i kapelusz, wszyscy usiedli, tworząc uroczy obrazek artystycznego nieładu, w którym koloryt ich niedożywionych twarzy, znoszonych, ale czystych ubrań oraz troski rysujące się na ich obliczach stanowiłyby wspaniałą scenę dla malarskiego pędzla albo nawet dla trzynastej muzy – fotografii. [5] Niewielka, przepełniona piwniczna izba warsztatu była za mała dla tak dużej liczby osób, jednakże każdy znalazł sobie wygodnie i przyjemne miejsce. Foje usiadła na małym podnóżku, z którego jej głowa sięgała do poziomu kolan wysokiego i postawnego Hersza. Eti znalazła miejsce na brzegu ławki, której trzy czwarte zajmował gruby Ezechiel, wciąż posiadający, mimo dwóch lat wojny i różnych przeżyć, brzuch nażartego krezusa. Wiecznie roześmiana, szyjąca bieliznę szwaczka Helenka przycupnęła na zepsutej maszynie do trykotażu razem z dr. Hartmanem, zawsze pod wykrochmalonym kołnierzykiem zapiętym pod samą szyję. Malutki Alek z wiecznie potarganymi czarnymi włosami usiadł na wąskiej ławce plecami do jeszcze drobniejszej pielęgniarki Brejndl. Gdyby nie różny kolor włosów, można by sądzić, że są bliźniętami syjamskimi. Guta usiadła i oparła głowę na ramieniu atletycznie zbudowanego Teosia, a Berl, nazywany „nobliwym młodzieńcem” z powodu spokoju i opanowania, jak zawsze usadowił się w pobliżu swojej dwa razy od niego żywszej żony Frumcze, której niecierpliwa natura nie pozwalała nawet na chwilę usiąść w jednym miejscu. Nad wszystkimi królowała siwowłosa głowa starego Icze, który zastygł w pozie przywołującej na myśl kogoś, kto ma zaraz usłyszeć ciężki skazujący wyrok. Obok Lejbusza usiadła stara Guta, nieustannie tłumacząca się z tego, że nie jest rozrywkową osobą. W suterenie było tak cicho, że nawet bzyczenie przelatującej muchy brzmiało jak warkot motoru. [Wiadomości] Czytano tak, jak pobożny Żyd czyta ustępy Tory: dwa razy, pomału, zdanie po zdaniu, niemalże sylabizując. Nikt nie śmiał przerwać choćby słowem albo nawet wypuścić powietrze z ust, jak robią ryby.
[6] Dopiero po przeczytaniu zaczynano wyjaśniać, tłumaczyć, komentować miejsca i zdania, które były niezrozumiałe albo niejasne z politycznego punktu widzenia.
Tym razem komunikat zawierał naprawdę dużo nowin: poza wiadomościami z frontu, bohaterskimi czynami Armii Czerwonej, której w końcu udało się na stałe zatrzymać wroga przed bramami czterech wielkich miast, także informacje o wejściu