504 Rozdział 4. Proza [83]
– Straciłam dobytek, przyszło mi żyć na poziomie, na jakim żyje żebrak – cedziła słowa ze złością – a pan przychodzi sypać sól na moje rany…
– Tak, skończyły się „dobre czasy”, kiedy można było coś sprzedać – stwierdził mój znajomy. – Teraz, gdy [ludzie] wysprzedali się już do ostatniej koszuli, biorą człowieka za wariata, jeśli trochę potańczy lub [2] [x]576pośpiewa.
Pożegnałem się. Jeszcze długo prześladował mnie specyficzny zapach gkorytarzyg 577, który unosił się nawet nad [x]578 punktem w gimnazjum na Ogrodowej.
Naprzeciw punktu na Ogrodowej, który już w pierwszych miesiącach istnienia wyróżniał się swoją młodzieżową organizacją, znajduje się Dzika 3579, największy i najbiedniejszy punkt getta. To właśnie tam powstało chewra kadisza złożone z dwóch osób. Każdego dnia mają ręce pełne roboty [i wykonują ją] gz dobrym skutkiem580. Ich praca polega na opróżnianiu łóżek (pryczy) z trupów i wynoszeniu ich do osobnego pomieszczenia. Spoczywa na nich również obowiązek przenoszenia chorych na tyfus do pobliskiego budynku szpitalnego.
Z jednym z nich, sochaczewskim szewcem, zawarłem bliższą znajomość. Był dobrodusznym typem szekspirowskim, takim optymistą. Miał [starannie] wyczyszczone buty i spodnie, [gładko] przyczesaną siwą bródkę. Nazywał się Złotnik i był sochaczewskim szewcem581. Za wynoszenie zmarłych dostawał wynagrodzenie: cztery przydziały zupy dziennie (dla całej rodziny).
Poznałem również żyrardowskiego furmana Worima582. Wskazał mi go Zarząd punktu, zapewniając, że jest „interesujący”.
– Jak to? I do mnie też was przysłali? Skaranie boskie z tymi złodziejami. Mówią, że nie chcę ich znać. Proszę przekazać im moje pozdrowienia. Już wkrótce będę z nimi kwita… Pójdą do piachu jak psy lub dostaną kulkę w łeb…
Jego dumna postawa, smukła figura, surowa, wygolona twarz z czarnymi, przyczesanymi wąsikami kontrastowały z środowiskiem, w jakim przebywał.
– Znają mnie w całej Warszawie, również na Krochmalnej (centrala punktów)583. Oni wiedzą, że Worim nie daje sobie pluć w kaszę.