528 Rozdział 4. Proza [85]
Pierwszymi ofiarami stali się niemieccy Żydzi, którzy byli przesiedlani i przerzucani już dziesiątki razy z jednego miejsca na drugie. Wrzucono ich do getta warszawskiego – obcych, bezdomnych, bezradnych, ale jakkolwiek to bolesne, trzeba przyznać, że nazbyt sympatyczni to oni nie byli. Byli Niemcami. xBrzydzili się Żydów wschodnich, lżyli ich, a jeśli pracowali w niemieckich przedsiębiorstwach, gdzie mieli jakąś namiastkę władzy, to tutejszych Żydów też bili722.
Wściekły pies Hitler ma w sobie taką diabelską siłę, że może poszczuć brata przeciw bratu, syna przeciw ojcu, tak, że zagryzać się będą jak wilki i znęcać jeden nad drugim. [20] Niemieccy Żydzi przyjęli nowe zarządzenie ze spokojem. Żydowska policja odprowadziła ich na Umschlagplatz, miejsce, gdzie ich załadowano i zamknięto w wagonach, bez jedzenia i picia, i powieziono gna śmierćg [x]723. Umschlagplatz, albo mówiąc dokładniej, plac cierpienia i śmierci – w późniejszych dniach stał się symbolem Anioła Śmierci. Gdy wymawiano to słowo, krew tężała w żyłach. Stawało serce.
gSkończywszy z niemieckimi Żydamig [x]724, policja zabrała się do tzw. punktów, gdzie znajdowały się dziesiątki tysięcy gnieszczęśnikówg [x]725, deportowanych [21] ze gswoich domówg [x]726, którzy tu, pod skrzydłami warszawskiej Gminy, umierali od głodu i tyfusu.
Punkt dla bezdomnych w warszawskim getcie – to nie był nawet przytułek. Była to ponura, brudna, gzapuszczona nora, gdzie zdrowi ludzie spali na jednym posłaniu z chorymi na tyfus, gdzie żywi leżeli razem z martwymi i gdzie sto razy dziennie modlono się o śmierć. Warszawska Gmina, która czerpała zyski z martwych i żywych, i Zakład Zaopatrywania, którego dyrektorzy chodzili w złocie – tak bardzo troszczyli się o punkty, że ludzie tam padali jak muchyg [x]727.
Gdy kto zaszedł do takiego punktu, nie spotykał tam ludzi. Kręciły się tam żywe trupy, zjawy, gnijąca skóra i kości. Tym dzjawomd [x]728było w zasadzie wszystko jedno, co z nimi zrobią [22]. Tak czy siak skazane były na śmierć. Cóż za różnica, gdzie umrą? Tu, w punkcie, czy gdzieś na pustym polu? (hitlerowskie psy nieszczęśników tych wystrzelały co do jednego).
Mimo to znaleźli się wśród nich tacy, którzy nie dali się zabrać. Bronili się, krzyczeli, uciekali, chowali [x]729.
Wtedy żydowska policja, która w większości składa się z półlub całych wychrztów, niespełnionych adwokacin, synalków bogatych kupieckich rodzin, dawnej złotej młodzieży – pokazała, co potrafi.
Gumowymi pałkami i po prostu [23] pałkami zaczęli niemiłosiernie tłuc nieszczęsnych mieszkańców punktów. Odbierali siłą dzieci matkom, mężów żonom, ojców synom. Krzyki i zawodzenie wznosiły się aż do samego nieba, ale nasza żydowska