strona 594 z 920

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 594


552 Rozdział 4. Proza [85]

od jednej ulicy do drugiej i od domu do domu, jeśli mogą mieć wszystkich Żydów w jednym miejscu i zrobić tam z nimi, co tylko dusza zapragnie.

Tym razem niemieccy siepacze obeszli się bez żydowskiej policji. Bo i [111] żydowskie policyjne psy musiały się stawić na zbiórkę na tych kilku wcześniej wspomnianych ulicach. Wygląda na to, że żydowskie sługusy straciły łaskę swoich hitlerowskich panów, te psy gończe nie były już potrzebne, więc ich los też został przypieczętowany.

Trzeba było widzieć, jak też ci „bohaterowie” wyglądali, gnając wraz z pozostałymi nieszczęśnikami. Były to przestraszone psy, żałosne, brudne – nie psy w zasadzie, ale gnidy, które pełzają na czworaka, kryją się na strychach i w piwnicach – w rozgrabionych wcześniej przez samych siebie mieszkaniach. Piętnaście tysięcy żydowskich policjantów zwolniono na miejscu z pracy i w tym samym wydano ich Niemcom. Zrzucili policyjne czapki i opaski, chcą się tym sposobem uratować.

I choć ludność żydowska widziała to z bliska przy tym i czuła, że [x]884 nie ma [112] już w zasadzie żadnej przyszłości, to ukojenie przynosił jej widok żydowskich wyrzutków biegających jak szaleni w poszukiwaniu schronienia przed hitlerowskim mieczem.

Procesja idąca z dużego getta na wyznaczone cztery ulice ciągnęła się bardzo długo. Morze ludzi z paczkami i bez. Ludzie szli zatrzymać się gdzieś na trzy dni i nie wiedzieli, dokąd. Po drodze niektórzy mdleli. Inni porzucali pościel, walizki – ciężko było nieść. I po co to nieść, skoro tak czy inaczej idzie się na akedę?

Sto pięćdziesiąt tysięcy nieszczęśników napływało, jak fale wzburzonego morza: z Leszna, Karmelickiej, Dzielnej, Nowolipek do punktów zbiórki na Smoczej, Gęsiej, [113] Dzikiej, itd. Ludzie rozproszyli się po obcych podwórzach, domach, klatkach schodowych, piwnicach i strychach [x]885. Punktualnie o dziesiątej niemiecka żandarmeria zamknęła ulice, które należało opuścić. Wszystko wskazywało na to, że nie zostali tam żadni Żydzi. Po tylu prześladowaniach, niechby wszyscy Żydzi, którzy się jeszcze gdzieś ostali, stanęli Hitlerowi ością w gardle.

Wielu znaleziono i zastrzelono na miejscu. Innym udało się uniknąć kuli i żyją do dziś. Hitlerowskie bandy zaczęły od razu plądrować opuszczone mieszkania. Nie trzeba było nawet wyłamywać drzwi. Wszystkie mieszkania były otwarte – rabowano więc do woli.

[114] A tu, w tym kotle – Smocza, Gęsia, Dzika – dusiły się dziesiątki tysięcy Żydów z żonami i dziećmi – głodni, spragnieni, zrozpaczeni – i czekały na wyrok.

Tego wyroku nie da się opisać i nie da się powtórzyć.

Niemcy postanowili pozostawić w Warszawie nie więcej niż trzydzieści pięć tysięcy Żydów. Dla tych trzydziestu pięciu tysięcy wyznaczono numery, które wydawały zarówno Gmina, jak i niemieckie przedsiębiorstwa, gdzie pracowali Żydzi.

Po dwakroć sto tysięcy Żydów unicestwiono do dzisiejszego dnia – teraz trzeba usunąć pozostałe sto pięćdziesiąt tysięcy i pozostawić nie więcej niż trzydzieści pięć tysięcy.

Wszystkich ich tu sprowadzono. Spędzono jak owce, bez ani jednego słowa protestu, bez ani jednego krzyku, ani jednego wezwania o pomoc, obronę… [115] I kogo