strona 596 z 920

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 596


554 Rozdział 4. Proza [85]

im się znudziło. W trakcie liczenia przerwali – jednej części, tej z numerami, kazano iść do domu, a drugą, tę bez numerów, z miejsca otoczono i dalej na Umschlagplatz w towarzystwie kul i nahajek.

Ale nie należy sądzić, że puszczono wszystkich, którzy mieli numery. To już zależało od niemieckiego kata. Jeśli ktoś mu się nie podobał, niech i nawet miał numerem – wyciągał go z domu, bił niemiłosiernie po głowie i odsyłał do skazanych. Takich numerowanych było tysiące. [120] W ten sposób czyszczono [getto] dzień po dniu, od szóstej rano do szóstej wieczorem. Ludzie leżeli nieprzytomni, bez chleba i wody [x]892.

Jeśli znaleziono jakiegoś ukrywającego się, wyciągano go na ulicę, kazano zrobić parę kroków i w biały dzień, w pełnym świetle, słano kulę w łeb. Jeśli ktoś próbował uciekać albo przypadkowo wychylił się z szeregu – kula w łeb. Nażarte naszą krwią niemieckie wyrzutki, wraz z ukraińskimi bandytami właziły na strychy i na dachy, i wysadzały dachy granatami ręcznymi, na wypadek, gdyby tam ktoś się ukrywał.

Jedną wielką kupą śmieci i jedną wielką rzeką krwi – tym stały się podwórza, mieszkania, bramy. Codziennie wyprowadzano [121] dziesiątki tysięcy ludzi. Wielu wywabiono obietnicą, że są wolni i idą do domu. gInni wpadli jak leniwe muchy jesienią, gdy opadają już z siłg [x]893.

Na ulicy można było zobaczyć: z jednej strony dziesiątki tysięcy udręczonych, wygłodzonych, spragnionych ludzi pędzonych na śmierć, a z drugiej żydowskie karawany zbierające zastrzelonych. Nie zawija się zabitych w białe płótno i nie okrywa całunem, ale ciągnie się jak padlinę, za ręce, za nogi i wrzuca na wozy albo [122] na karawany.

Karawanu nie ciągną konie, a ludzie. Czarni karawaniarze, gwardia przyboczna Mordechaja Pinkerta, ciągną zabitych po pięciu i dziesięciu w skrzyni, kobiety, dzieci, mężczyźni – wszystko razem. Z wozów ścieka krew. Krew znaczy drogę, jak czerwonym szlakiem [x]894.

Karawaniarze pozostają obojętni na tę wielką katastrofę. Widząc śmierć, zakrzepłą krew, dziecięce mózgi rozpryskane na kamieniach, nie prowadzą zabitych od razu na cmentarz, tylko zajeżdżają najpierw wozami w boczną bramę, [123] zamykają się tam na siedem spustów i ściągają z zabitych ubrania [x]895, przeszukują zakrwawione, opryskane kawałkami mózgu kieszenie, kradną pieniądze, zegarki, pierścionki (każdy przecież zabrał coś ze sobą). Pieniądze są lepkie od krwi, z zegarków krew ścieka, z pierścionków – kapie, ale karawaniarzy wcale to nie odstrasza. Dopiero później, gdy już godnie zajęto się zabitymi, wrzuca się ich z powrotem do wozu i ciągnie na cmentarz.

I tu nie zawija się w białe płótno i nie nakłada całunu, tylko wrzuca się ich jak są do wielkiego zbiorowego grobu, mężczyzn wraz z kobietami, nikt nie będzie wiedział, gdzie znajdują się ich groby i nikt nie zmówi po nich kadiszu.