558 Rozdział 4. Proza [86]
Nikt też nie uwierzy, że kryje się za nią płacz bólu, krzyk cierpienia i nieszczęścia narodu, do którego przyszło mi należeć.
A jednak niemożliwe stało się możliwe. Zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, w miesiącu tiszri914, w państwie Polska, w mieście Warszawa. Pod zbrodniczymi rządami Amaleka915, niech jego imię i pamięć będą wymazane, za zgodą [3] Gminy Żydowskiej, niech to będzie policzone w jej zasługi na tym i tamtym świecie.
Życzę jej, Gminie Warszawskiej, życia wiecznego. Albowiem to ona uraczyła mnie liczbą cztery tysiące pięćset osiemdziesiąt. To ona ścięła głowę mojemu imieniu i osadziła w jej miejsce numer. Chodzę z nim i żyję, on stał się mną.
Może więc warto opowiedzieć, jak w deszczowy, jesienny dzień z kogoś takiego jak ja zrobił się numer.
Nie będę się tu przechwalał: tak jak wszyscy ludzie przyszedłem na świat głową [w dół] i wypadłem nań bez imienia. Całe osiem dni, zgodnie z żydowskim prawem, żyłem nie tylko bez imienia, ale też bez numeru916. Człowiek z roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego nie będzie mógł w ogóle uwierzyć, że choć nie posiadałem numeru, moja koszerna [x]917matka ani trochę nie bała się trzymać mnie przy sobie i karmić ciepłym mlekiem ze swej [4] pięknej piersi. Nie bała się ogrzewać mnie ciepłem swego młodego ciała, pieścić i drżeć o mnie, jak tylko matka, do tego żydowska, może drżeć o swojego nowo narodzonego syna, o swój kadisz918.
Osiem dni później, jak to jest w zwyczaju u Żydów, uczyniono nade mną błogosławieństwo i xogłoszono – wajikro szmoj bejisroel919 – tak a tak920.
Imię człowieka jest jak żywy członek organizmu, ma krew i ciało. Nie czuć go, gnie widać, ale żyć bez niego niepodobnag [x]921. Nosiłem więc moje imię jak gpiękna kobieta nosi jeszcze piękniejszy sznur perełg [x]922. Było moje, moje własne. Przecież odziedziczyłem je po dziadkach i pradziadkach. Przecież wyssałem je gz krwią matkig [x]923, wchłonąłem wraz z potem, którym spływał zaharowany mój ojciec.
Imię moje mieszkało ze mną w jednym domu. Pod jednym dachem, w jednym łóżku. Ono było mną, a ja byłem nim. Razem ze mną uczyło się chodzić, jak ja uczyło się mówić. Gdy mnie wołano, [5] nastawiało oboje uszu. Gdy cierpiałem, cierpiało wraz ze mną. Cieszyło się moją radością, płakało moimi łzami, śmiało moim śmiechem i śniło moje sny.
Ale nie należy sądzić, że imię moje było u mnie niewolnikiem, że nie miało własnego zdania i własnej woli. Przeciwnie, gdy kiedyś wpadłem w rozpacz i przyszła mi do