na samym końcu, kiedy nie będzie już innego wyboru, należy Żydom zaproponować ziemie z miejscowych folwarków i to tylko wtedy, kiedy nie będzie na nie chętnych wśród sąsiednich chrześcijańskich dzierżawców.
Podczas gdy w dekrecie zamierzano umożliwić Żydom zajmowanie się pracami
rolnymi i w przypadku braku ziemi uprawnej rozkazano oferować im jałowe i niepłodne ziemie, to w instrukcji wprost polecano obrzydzanie Żydom rolnictwa przez proponowanie najgorszych ziem i tym samym odstraszanie ich od tego zajęcia. Nie trzeba było być wykształconym agronomem, aby zrozumieć, że człowiek, który nie jest biegły w pracach gospodarskich, który na początku będzie musiał wziąć się za karczowanie ziemi i czekać, aż ziemia ta wyda owoce, musiałby być bogaczem, aby wystarczyło mu środków na użyźnienie takiej ziemi i utrzymanie siebie i rodziny, przy płaceniu jednocześnie specjalnych żydowskich podatków.
Artykuł 2. interpretowano w taki sposób, że każdy kandydat powinien przedstawić
zaświadczenie od bogatego, poważanego obywatela, że pieniądze, które [37]{39} okazuje on jako swój majątek, jako kapitał na osiedlenie się na ziemi, są rzeczywiście jego własnością. W ten sposób utrudniano kolonizację nawet tym Żydom, którzy mieli trochę gotówki, ponieważ mogło tu chodzić o prostych, mniej zamożnych ludzi. W jaki sposób udać się do bogatego, z którym nie ma się żadnych kontaktów i związków, aby prosić go o list gwarancyjny? Do tego potrzebna była śmiałość i to w dodatku bez liczenia na sukces, ponieważ kto zgodziłby się dać gwarancję komuś, kogo nie zna, zwłaszcza że chodzi o gotówkę, a nie o nieruchomości, o których wiadomo, czyją są własnością.
Instrukcja polecała również, aby władze łapały włóczęgów i odsyłały ich do
nowych kolonistów jako robotników przymusowych. W międzyczasie zapomniano, że zgodnie z Artykułem 2., Żyd otrzymuje jedynie tyle ziemi, ile sam jest w stanie uprawiać. Do czego będzie zatem potrzebował narzuconego mu włóczęgi i z czego będzie żywił takiego nieproszonego gościa, który być może nigdy nie pracował albo nie chciał pracować? Jak Izba Doradcza Komitetu Starozakonnych słusznie zwróciła uwagę władzom, takie narzucanie żydowskim kolonistom włóczęgów doprowadziłoby do tego, że tymczasowy główny dzierżawca dóbr rządowych zgromadziłby w nich coraz więcej różnych łapserdaków, aby w ten sposób zwiększyć swoje dochody z propinacji i konsumpcji, a po upłynięciu jego kadencji dzierżawczej w żydowskich koloniach nazbierałoby się tylu nędzarzy, że koloniści zrujnowaliby się materialnie przez ich utrzymywanie, co zmusiłoby ich do opuszczenia swoich parceli i wyruszenia w pobliskie lasy, gdzie zmarliby z [38]{40} głodu albo z nędzy wzięliby się za kradzieże i rabunki.
Żydowskim kolonistom również postawiono warunek, że jeśli rząd w przyszłości inaczej ureguluje status swoich dóbr, będą oni musieli odstąpić od arendy ziemi i zadowolić się czynszem, który zostałby im wypłacony. Władze chciały zatem zostawić sobie prawo do podejmowania wszystkich decyzji. Z jednej strony zabezpieczyły się wysokimi karami, aby żydowscy koloniści nie mogli opuścić ziemi, z drugiej chciały zapewnić sobie prawo do wysuwania roszczeń przy każdej sposobności. Zgodnie z zasadami sprawiedliwości wszystko powinno opierać się na wzajemności. Żydowski kolonista powinien otrzymać gwarancję, że nie odbierze mu się majątku, w który włożył swój dobytek i ciężką pracę.
Od kolonistów wymagano również, że jeśli ktoś otrzyma obsianą ziemię, powinien
zapłacić za ziarno, podczas gdy za otrzymanie takiej ziemi dekret przewidział już dla niego mniej lat wolnych od obciążeń.