Było to 16 marca 1940 r. Kilka minut po 7 rano szedłem do mojej codziennej
pracy. W pewnej chwili zauważyłem nadchodzącego żandarma. Nie przyszło mi jednak do głowy, że o tak wczesnej porze idzie on już łapać do pracy [przymusowej]. Nagle głośne c„Halt!”c802 przeszyło powietrze. Nie mając wyboru, zatrzymałem się. Chłopak z chodnika po drugiej stronie ulicy kazał mi podejść do siebie. Spełniłem jego żądanie, podszedłem do niego, a żandarm odprowadził mnie do budynku dawnego Sądu Najwyższego na placu Krasińskich. Tam po prostu wepchnął mnie do kancelarii. Zobaczyłem w środku wielu starszych żołnierzy i jednego podoficera, siedzących wokół stołu jak gdyby na coś czekali. Towarzyszący mi zwrócił się do nich: d„Hier habe ich euch gebracht”d803. Następnie jeden z siedzących podszedł do mnie i rozkazał mi wziąć szczotkę oraz kubeł na śmieci i pozamiatać wielką poczekalnię. Jednocześnie zapytał mnie, czy będę w stanie to zrobić i jaki jest mój zawód. Słysząc, że nie jestem pracownikiem
fizycznym, ale umysłowym, zaraz wszyscy przyjęli wobec mnie nieprzyjazną postawę. Nagle zauważyłem u nich odmienne nastroje. Tymczasem wziąłem szczotkę i kubeł na śmieci i wyszedłem do poczekalni. Tu muszę nadmienić, że szczotka, którą dostałem do zamiatania, była prawie całkowicie pozbawiona włosia. Przy zupełnie gładkiej posadzce w wyżej wymienionej sali, było wprost niemożliwe należycie pozamiatać. Zwłaszcza że z taką pracą byłem słabo obznajmiony. Nic [więc] dziwnego, że pomimo moich wysiłków, zadanie to nie powiodło mi się. Jeden z żołnierzy chciał mi niby pokazać, w jaki sposób należy zamiatać. Uderzenie, jakie przy tym mi zaserwował (nawiasem mówiąc, pierwsze uderzenie otrzymane od Niemca), wstrząsnęło mną tak, że nie mogłem skoncentrować uwagi na tym, jak należy operować miotłą. Po kilku minutach
posypał się na mnie grad ciosów. Najbardziej wyróżnił się ten sam żandarm, który
mnie przyprowadził. Człowiek ten okazał się prawdziwym sadystą. Bił mnie, ile tylko się dało. Inni żołnierze również przyłączyli się do tej „świętej” pracy. Ale nie z takim zawzięciem, jak wzmiankowany bohater.
Trwało to godzinę, aż moi „pracodawcy” zauważyli, [2] że prawdopodobnie można
mnie wypuścić. W międzyczasie jeden z nich zapisał mój adres i kazał przyjść następnego dnia.
Ledwie żywy wyszedłem z pałacu sprawiedliwości804, gdzie tak niesprawiedliwie
mnie potraktowano – jakże łagodne określenie w tym przypadku. Poszedłem do pracy. Tam dopiero stwierdziłem, że mam podbite oko i całkiem widoczne siniaki w kilku miejscach na twarzy. Przyłożono mi kompresy, które jednak na daną chwilę niewiele pomogły.
Następnego dnia o wyznaczonej godzinie przyszedłem do tego samego budynku
wymiaru sprawiedliwości na placu Krasińskich. Wydaje mi się, że nie trzeba opisywać mojego nastroju, kiedy tam się udawałem. Po wczorajszym dniu myślałem, że kto wie, czy dziś wyjdę stamtąd żywy.
Tymczasem spotkałem tam zupełnie innych ludzi. Kiedy się zameldowałem, kazali
mi czekać. Potem przyszedł starszy żołnierz, najprawdopodobniej podoficer, i zapytał
802 c-c Stój (niem.). W oryg. w alf. hebr.
803 d-d Macie, przyprowadziłem wam (niem.). W oryg. w alf. hebr.
804 Aluzja do instytucji (Sąd Najwyższy, Sąd Apelacyjny), które mieściły się w opisanym gmachu przed II wojną światową.