RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Wrzesień 1939. Listy kaliskie. Listy...

strona 102 z 424

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 102


92 Kampania wrześniowa poza Warszawą [15]

tę pomyłkę zapłaciliśmy. Po dalszym kwadransie siedzący za kamieniami major krzyknął nam, by cofnąć się jeszcze o paręset metrów.

Szliśmy właśnie drogą grochowską, gdy dostrzegłem w jakichś zaroślach ów karabin maszynowy, siedziało przy nim 3 ludzi w zielonych mundurach. Niemcy! Nie zastanawiałem [się], skąd się tam wzięli (po dziś dzień nie umiem sobie wytłumaczyć, w jaki sposób zdołali się przedrzeć na nasze tyły), lecz skoczyłem szybko w bok i to mnie ocaliło – bo oto w tym samym momencie zabrzmiała salwa i w ciągu niewielu sekund konie przy biedkach zostały zabite i kilkudziesięciu naszych ludzi było zabitych. Wtedy dopiero przekonałem się, co może 1 karabin maszynowy: cały nasz batalion został kompletnie rozbity. A przecież wystarczyło rzucić na Niemców jeden granat, by ich unieszkodliwić – tylko że nikt o tym nie pomyślał.

Ja – wraz z kilkudziesięcioma przytomniejszymi kolegami – przesadziłem przydrożny płot i przyłączyłem się do jakiejś kompanii strzeleckiej. Dopiero następnego dnia odnaleźliśmy nasz pułk na Pradze. Został on w międzyczasie zreorganizowany i uzupełniony. Okazało się, że byliśmy już zamieszczeni na liście zabitych.

Po kilkudniowych potyczkach w pobliżu mostu Kierbedzia przeniesiono nas na pozycję w fabryce Wedla220. Nasze karabiny zostały ustawione początkowo na pierwszym, a później na drugim piętrze. Stanowiliśmy ósmą linię obronną i mieliśmy zacząć strzelać na wypadek przełamania siedmiu poprzednich. Ale artyleria niemiecka zorientowała się szybko, że w gmachu fabryki znajduje się gniazdo karabinów maszynowych i zaczęła nas bezlitośnie ostrzeliwać. Może po półgodzinnym bombardowaniu bb[…]bb [11] stanowisk i lada chwila mógł jakiś wlecieć bb[…]bb w dodatku jeden z granatów wybuchł na pierwszym piętrze – wszyscy moi towarzysze opuścili pokój i wybiegli w popłochu na schody. Pozostałem tylko ja jeden, trzymając karabin za rączkę. Po chwili usłyszałem świst pocisku i dostrzegłem go: leciał w moją stronę! Chciałem już rzucić się do tyłu, ale nie mogłem się na to zdobyć, gdyż zdawałem sobie sprawę, że wstrząs powstały przy wybuchu musi wyrzucić mój karabin przez okno. Moment później nastąpiła eksplozja – granat upadł, na szczęście znów na pierwsze piętro. Karabin – jak się tego spodziewałem

– chybotnął się zdrowo i byłby niezawodnie wypadł, gdybym go nie przytrzymał. Przez kilkadziesiąt sekund stałem ogłuszony i oślepiony, gdyż w pokoju było prawie ciemno od opadającego z sufitu pyłu i tynku – i dlatego nie zauważyłem wchodzącego do pokoju porucznika. „Jest tu ktoś? Ah, to pan? I nie uciekł pan? Gdzie są wszyscy?”– zarzucił mnie pytaniami, a potem dodał: „Wie pan? Pan jest krzyża wart”. Od tego czasu koledzy patrzyli na mnie z podziwem i mruczeli: „No, no odważny Żyd, psiajucha. Cały pluton uciekł, a on jeden został!”.

Kilka następnych dni upłynęło na drobniejszych potyczkach, z których najpoważniejszą był dokonany przez nas wypad do Wawra. Nie będę ich opisywał, ponieważ nie ma w nich nic szczególnego.