RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Wrzesień 1939. Listy kaliskie. Listy...

strona 42 z 424

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 42


32 Obrona Warszawy w 1939 r. [3]

ponownie nam, grupie Żydów, kazano poprzenosić setki beczek z benzyną i innym paliwem do wnętrza cytadeli, co wiązało się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Niemniej rozkaz ten wypełniliśmy, nie bacząc na ogromne ryzyko. [9] Udało nam się jednak uratować tylko część tych zapasów, bo zaraz rozpoczęło się ciężkie bombardowanie tego miejsca i musieliśmy je opuścić.

W cytadeli przeżyliśmy sceny, których nie da się opisać. Byliśmy stłoczeni jak stado owiec. Całymi dniami i nocami leżeliśmy na mokrej i zimnej podłodze, w każdej minucie spodziewając się śmierci. Pamiętam pewien dzień z bombardowania, kiedy wszyscy naciągnęliśmy sobie płaszcze na głowy i tak czekaliśmy na śmierć, nie chcąc jej spojrzeć prosto w oczy. Cytadelę opuściliśmy w momencie, gdy dach i ściany naszych koszar zaczynały się walić. Jest to kolejny, wyrazisty obraz porządku panującego w armii. W ścianie koszar utkwił szrapnel. Nie możemy ich jednak opuścić, bo nie było takiego rozkazu. Zaczynamy szukać kogoś z dowództwa, nikogo nie można znaleźć. Schowali się we wnętrzu cytadeli i zapomnieli o pozostałych tysiącach żołnierzy, których również trzeba ratować. Dopiero po godzinach poszukiwań odnaleźliśmy naszego oficera i otrzymaliśmy pozwolenie na opuszczenie koszar. Dokąd powinniśmy się udać, nie wiedzieliśmy. Rozpoczęła się bieganina [10] i pod niebezpiecznym ostrzałem dotarliśmy na ul. Bonifraterską, gdzie my, grupa Żydów, weszliśmy do schronu w piwnicy. Tam wśród Żydów przeczekaliśmy do rana. Warszawa płonęła wówczas ze wszystkich stron, zaś przede wszystkim jej żydowska część.

O świcie odszukaliśmy naszych towarzyszy, którzy zostali zakwaterowani w gimnazjum dla pracowników tramwajowych na ul. Młynarskiej30. Stamtąd zostaliśmy wysłani do kopania okopów na kilku przedpolach Woli, około dwóch kilometrów od pierwszej linii frontu, ale bez karabinów. Szliśmy, w każdej chwili byliśmy wystawieni na śmierć i nawet w najmniejszym stopniu nie mogliśmy się bronić. Dwa dni pod straszliwym ostrzałem budowaliśmy okopy, które do niczego się nie przydały, gdyż wróg zbliżał się do nas szybkimi krokami. I ponownie parę słów o „bohaterskich czynach” naszych dowódców wojskowych: gdy my pod straszliwym gradem szrapneli budowaliśmy okopy, nasi oficerowie i podoficerowie siedzieli sobie w odpowiednio zabezpieczonych, gotowych już okopach obronnych i palili papierosy. My mogliśmy robić, co tylko [11] chcieliśmy, bo oni bali się głowę wychylić. Interesująca rzecz: dwa dni przed kapitulacją Warszawy, gdy wróciliśmy do koszar z kopania okopów na wolskich polach, nie napotkaliśmy tam nikogo z dowództwa i każdy mógł robić, co tylko chciał. Dowództwo gdzieś się zaszyło i nie dbało o nic innego, jak tylko o własny ratunek.