RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Wrzesień 1939. Listy kaliskie. Listy...

strona 82 z 424

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 82


72 Kampania wrześniowa poza Warszawą [11]

których braliśmy w niewolę. Każda grupa z naszego odcinka frontu zdobywała tym sposobem żywność.

Pewnego razu, kiedy głód zbytnio mi dokuczył, obudziłem żołnierza (Polaka) i z nim wypuściłem się na „zadanie”. [9] Ekspedycja nie trwała długo. Przepełzliśmy las na brzuchach, dotarliśmy do szosy, gdzie stało – jakby nigdy nic – auto, a w nim samotny niemiecki szofer, widocznie również zaspany. Nasz napad go zaskoczył. Zmusiliśmy go, by pojechał na nasze pozycje. Auto było załadowane jedzeniem. Starczyło nam na całe 3 dni, dla całej grupy.

Znowu przedstawiono mnie na dziennym apelu. Walki toczyły się nadal, ale na odcinku mojej grupy niewielkie.

Zaczęliśmy po prostu padać z głodu. W końcu dano nam znać o kapitulacji Warszawy163i również naszego całego wojska. Każda grupa miała do wyboru: iść do niewoli albo poddać się woli boskiej, ratować się, jak kto może. Ja, szef kompanii – sierżant i dowódca kompanii – porucznik [10] ruszyliśmy w drogę, ale szybko zostaliśmy złapani przez niemieckiego żołnierza, który zaczął nas prowadzić do punktu zbiorczego. Nie byliśmy w mundurach, tylko w spodniach i koszulach. Szliśmy z rękoma do góry, ale żeby się nie zmęczyć, trzymaliśmy je blisko boków. Tymczasem żołnierz zabłądził, oczywiście wciągnęliśmy go jeszcze głębiej, porozumiewając się mrugnięciami. Ja nawiązałem z żołnierzem rozmowę po niemiecku, a sierżantowi udało się w tym czasie wyciągnąć z bocznej kieszeni porucznika mały, ukryty pistolet i zabić Niemca.

Błądziliśmy całą noc. Nad ranem doszliśmy do chłopskiej chaty. Chłop początkowo się zżymał, ale widząc, że ma do czynienia z oficerem, wpuścił nas, zdobył różne cywilne ubrania – i tak przyszliśmy do Łodzi. A tam Niemiec już się zupełnie zadomowił.

[11] Uściskaliśmy się, pożegnali[śmy] i umówiliśmy się na codzienne spotkania w porze obiadowej, obok restauracji. Spotykaliśmy się przez dłuższy czas, do momentu, kiedy Niemcy zaczęli wydawać różnym uchodźcom zezwolenia na przejazdy do domów. Od żony mojego zmarłego kolegi (został zabity) dostałem jego paszport oraz legitymację stowarzyszenia kajakowego z Warszawy. Ja i oficer, każdy z osobna, dostaliśmy przepustki do Warszawy i ruszyliśmy pieszo, bo przepustki były dla Żydów.

W Warszawie spotkałem wielu moich kolegów, którzy dużo wcześniej wrócili do Warszawy. Od nich dowiedziałem się, że moje imię jest dobrze znane wśród tych, którzy odznaczyli się w czasie wojny. Od żony dowiedziałem się, że podczas bombardowania przyniesiono jej do domu – od rezerwistów – 4 tysiące zł. I powiedziano jej, że żyję i jestem bohaterem.

[12] Później często przychodzono do mnie do domu. Chciano mi dać pieniądze i dokumenty i namawiano, bym pojechał do polskiej armii we Francji, Anglii czy