182 Rejencja Łódź (Regierungsbezirk Litzmannstadt) [43]
c) Po 23.08.1941, Warszawa – getto. [Natan Koniński?], Relacja kaliszanina z 1939 r., cz. 4, „Z Kalisza do Warszawy” (23.08.1941 r.). Autor z matką i młodszym bratem uciekają z Kalisza do Warszawy (11.1939 r.)
[1] IV. Z KALISZA DO WARSZAWY
Wypadki, jakie rozegrały się w Kaliszu w listopadzie 1939 r., miały na ludność żydowską ten wpływ, że ci spośród niej, którzy jeszcze nie zostali przez Niemców internowani, starali się w miarę możności jak najszybciej opuścić miasto. Ucieczka ta odbywała się w popłochu i pośpiechu, bez odpowiednich przygotowań i w gorączce. Niektórzy z uciekających zabierali z sobą jakiś bagaż, ale było też wielu takich, którzy w zdenerwowaniu niczego nie wzięli, a ogarnięci strachem, bez żadnych rzeczy, udawali się na dworzec, by najbliższym pociągiem wyjechać do Łodzi, a w przeważnej części do Warszawy. Wśród uciekających widać było Żydów bez płaszczów, niektórzy nosili nawet bonżurki, ludzie bez zastanowienia rzucali całe mienie, taka psychoza ucieczki opanowała mieszkańców. Ci oto ludzie nie zastanawiali się nad tym, co czynią, uciekali do obcych miast nie wiedząc, czy znajdą tam egzystencję i możność istnienia. Pędził tych ludzi strach, chcieli uciec od grożącego im już bata [niemiec]kiego, przy czym ta odruchowa chęć ucieczki była silniejsza od wszelkiego logicznego i spokojnego rozumowania. Ludzie uważali, że skoro godzinę dłużej pozostaną w Kaliszu, to z całą pewnością zginą – dlatego też każdy starał się jak najprędzej wydostać z miasta. Stąd właśnie w dużej mierze wzięły się rzesze uchodźców, pozbawionych odzieży, bielizny, dachu nad głową i środków do życia.
O tym, jak bardzo byli ludzie zdenerwowani i wystraszeni, świadczy dobitnie też następujący fakt: ja z matką i braciszkiem wyszliśmy rano z mieszkania i udaliśmy się do znajomych, żeby poradzić się, co należy czynić. Na ulicach panowała cisza, sklepy były przeważnie pozamykane, mieszkania opustoszałe, olbrzymia część ludności, internowana przez Niemców, przebywała już w hali. Znajomi ci byli już spakowani i właśnie wychodzili na dworzec, by zdążyć na pociąg, który odjeżdżał za 20 minut. Bez zastanowienia postanowiliśmy wyjechać razem z nimi, nie wróciwszy nawet przedtem do mieszkania, by zabrać [2] choćby najniezbędniejsze rzeczy. Mieszkanie, wraz z całym gospodarstwem i urządzeniem, zostało pod opieką jednej sąsiadki – chrześcijanki, żony kowala, z którą żyliśmy w dość dobrych stosunkach. Stale przedtem zapewniała nas ona, że w wypadku ewentualnego naszego wyjazdu otoczy nasz cały dobytek opieką i gdziekolwiek znajdziemy się, tam nam wszystko prześle. Później jednak okazało się, że jej zapewnienia były wielką obłudą. Niczego nam bowiem później nie przysłała, tłumacząc się tym, że