Rejencja Łódź (Regierungsbezirk Litzmannstadt) [50] 233
do Żydów był poprawny, do ojca zaś więcej niż poprawny. Chociaż dzisiaj zdaje mi się, że chciał on mu spłacić pewien dług wdzięczności zaciągnięty przed wojną. Od czasu bowiem, jak przyrzekł ojcu, że przyjedzie do nas do Warszawy, nie dał o sobie znaku, a na jeden z naszych listów odpowiedział w zeszłym roku w ostrym tonie, żeby więcej do niego nie pisać, bo wyjeżdża. Polaków nienawidził, chociaż nie potrafił – jak opowiadał – przychodzić do nich z nakazem zapakowania się w ciągu 5-ciu minut, co jednak musiał robić.
Gdy przyjechałam do Łodzi, poszliśmy z ojcem do cukierni, gdzie nas oczekiwał; poznał mnie, bo często u nas w domu bywał. Od tego dnia przychodził prawie codziennie do ciotki. W Łodzi pozostałam kilka dni, gdyż ciągle planowaliśmy wyjazd do Warszawy, który jednak nie doszedł do skutku. Jednego dnia ukazało się rozporządzenie o noszeniu żółtych gwiazd. Rano ociągałam się z wyjściem do miasta. Ale w końcu, chociaż wściekałam się, musiałam jednak wyjść. Na ulicach już się oczywiście żółciło!…
Tymczasem we czwartek rano rozeszły się w Łodzi jakieś dziwaczne pogłoski. Obiegały całe miasto w najróżniejszych wersjach, źródłem zaś ich miała być sama gmina. Mówiono, że w tych dniach nastąpić mają przymusowe wysiedlenia i że wszyscy Żydzi będą musieli opuścić Łódź. To skłoniło ojca do powzięcia ostatecznej decyzji, na którą złożyły się i inne okoliczności: wyjeżdżamy do Warszawy! Ponieważ w marcu nastąpi wysiedlenie ze Zd[uńskiej] Woli, więc woli jechać teraz. Tak prędko, jak decyzja ta została powzięta, podobnie szybko została też i wykonana. Natychmiast pojechałam do domu i oznajmiłam matce, że w niedzielę ma wyjechać z bratem i siostrami i wyjąć przepustkę. Do późnej nocy czyniliśmy przygotowania. Dowiedziałam się też o nowych masowych wysiedleniach Polaków. Dokonywano ich w nocy, dając rodzinom po kilka minut czasu. W ten sposób wysiedlono całą inteligencję i wszystkich bardziej znanych Polaków, właścicieli wielkich magazynów i sklepów, ludzi z różnych zawodów. Cały dzień trzymano ich na dworcu bb[…]bb Małe dzieci były nieubrane, nic bowiem nie zdążono zabrać. aa[…]aa rzeczy. Ową aa[…]aa spotkaliśmy aa[…]aa [23] nie pozwolono wziąć. Zachodziłam często do jej matki i siostry. Rozpaczały w niesłychany sposób wspominając, jak oderwano dzieci z łóżek nieubrane, rozespane i nawet jedzenia nie pozwolono wziąć. Tak, jak stali… „Ale – mówiły – niech no nadejdzie ten czas…” Następnego dnia, w piątek rano, wyjechałam dorożką obładowana ciężkimi plecakami i zostawiając matce tysięczne drobiazgowe polecenia. Droga była uciążliwa, gdyż nie mówiąc już o tym, że marzłam na kusej bryczce, miałam jeszcze kilkakrotnie rewizje, które urządzali sobie pierwsi lepsi volksdeutsche, spotykani w mijanych po drodze niemieckich koloniach. Zabierali sobie po prostu każdą lepszą rzecz, nawet rzemienne pasy. W Łodzi zastałam nastrój zupełnie zmieniony: przerażenie i dezorientacja. Nocy tej bowiem nastąpiły pierwsze wysiedlenia kilkunastu rodzin z ulic Starego Miasta; wysłano je nie wiadomo dokąd. Ludzie potracili głowy i nie wiedzieli, co robić. Rozpoczęły się pośpieszne wyjazdy do Warszawy.