RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Tereny wcielone do Rzeszy: Kraj Warty

strona 39 z 308

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 39


14 Rejencja Inowrocław (Regierungsbezirk Hohensalza) [3]

Ocknąłem się, leżąc na środku jezdni. Nade mną stał znajomy lekarz, który właśnie przed chwilą doprowadził mnie do przytomności. W jaki sposób przebyłem drogę z pierwszego piętra na ulicę – nie wiem. Prawdopodobnie żołnierze podawali mnie sobie nieprzytomnego, ciosami coraz niżej, nie pozwalając mi upaść. Gdy się podniosłem, ujrzałem, że wąska uliczka (była to Piekarska) była dosłownie zatłoczona ludźmi, pardon, Żydami. Wielu z nich było w kaloszach i tałesach, widocznie wyciągnięto ich tak, jak stali z minjanów i domów modlitwy. Ale nie pozwolono mi się długo rozglądać. Otaczający żołnierze ustawili nas trójkami, przeliczyli (było tych trójek 58 – pamiętam dokładnie) i cały ten pochód, okrążony uzbrojonymi po zęby szturmowcami, ruszył ciemnymi ulicami.

Początkowo prowadzono nas w spokoju, nawołując nawet do zachowania ciszy, ale gdy tylko minęliśmy śródmieście…

– Ręce do góry! – rozkazano nam, a potem

– Biegiem marsz!

W chwili, gdy kolumna nabrała już pewnego rozpędu, biegnący na jej czele szturmowcy odwrócili się nagle i skierowali bagnety na pierwsze szeregi, które naturalnie zatrzymały się, a nawet cofnęły odruchowo. Wówczas ci z tyłu, bądź to nie widząc z racji ciemności, co się dzieje, bądź też nie mogąc się zatrzymać z powodu podniesionych rąk, wpadali na cofających się. W rezultacie w środku kolumny zrobiło się zamieszanie, kotłowanina i wielu (szczególnie ci w tałesach), rzecz jasna, przewracała się. A ci, co się przewrócili, nie wstali już więcej, zostali zadeptani nogami własnych współbraci, lub dobici bagnetami otaczających nas SA-owców, albowiem w chwili, gdy ci ostatni zorientowali się, że zamieszanie w środku kolumny osiągnęło pewien punkt kulminacyjny, rzucali rozkaz »Biegiem« i musieliśmy biec – nawet po ciałach naszych towarzyszy. I znów przebiegaliśmy parę kroków, i znów gwałtownie wstrzymywano czołówkę i cała ta procedura powtarzała się da capo al fine23.

W ten sposób doszliśmy (mówię doszliśmy, chociaż właściwie byłem na wpół przytomny i ocalenie swoje zawdzięczam jedynie dwóm znajdującym się po bokach towarzyszom, [3] którzy przez cały czas trzymali mnie pod ręce i dosłownie wlekli ze sobą) aż pod gmach gimnazjum im. Długosza24. Tu uporządkowano naszą kolumnę, znów ustawiono w »trójki« (tym razem było już tych »trójek« tylko 50, w drodze więc zginęły 24 osoby, co się z nimi stało – powiem jeszcze) i zabrano się do »badania«. Była to procedura bardzo prosta. Polegała na okrutnym, bezlitosnym biciu nas i ordynarnym rabowaniu wszystkich wartościowych rzeczy, jakie ktokolwiek z nas miał przy sobie. Gdy to »śledztwo« ukończono, jeden z oficerów wpadł na genialny pomysł: