RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Losy Żydów łódzkich (1939-1942)

strona 77 z 315

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 77


52 Rozdział I. Od początku wojny do zamknięcia getta [6]

wej. Przed Strykowem L. zaczął się zastanawiać, czy w ogóle warto iść do Warszawy, czy też lepiej zostać w Łodzi. W końcu, nie chcąc zostać sam, poszedł z nami. Między Strykowem a Głownem trzy niemieckie samoloty w ciągu 10 minut trzykrotnie atakowały uciekinierów. Trzeci atak był tak niespodziewany, że część ludzi nie zdołała znaleźć kryjówki, a inni nie zdążyli opuścić tej, w której skryli się uprzednio. W powstałym chaosie zgubiłem towarzysza L., a wraz z nim moje francuskie rękopisy i dziesięć paczek papierosów. W zamian pozostał mi jego płaszcz. [2] Długo biegałem w poszukiwaniu moich towarzyszy, ale ich nie znalazłem. Sam ruszyłem do Głowna licząc, że ich tam spotkam. Poszukując ich, usłyszałem nagle, jak ktoś głośno woła mnie po imieniu. Okazało się, że jest to mój przyjaciel z dzieciństwa i lat gimnazjalnych (chrześcijanin) oraz jego uczeń – szesnastoletni chłopiec, również chrześcijanin. W dalszą drogę udałem się z nimi, ponieważ poprzednich towarzyszy nie znalazłem ani w Głownie, ani w Łowiczu. W Głownie właściwie nie było ludzi. W jakimś domu zastaliśmy średniozamożnego chłopa, który dał nam trzy butelki na wodę, a jedną flaszkę napełnił kawą, której nie zdążyła wypić [jego] rodzina uciekająca przed atakiem lotniczym. Drogę ze Strykowa do Łowicza przebyliśmy z miejscowym oddziałem Strzelca128, którego członkowie byli w znakomitym humorze, absolutnie nic nie wiedzieli o faktycznym stanie rzeczy i rwali się do zwycięskiej walki. W drodze powiedziano nam, że z Łowicza już dalej nie zostaniemy puszczeni, że tam zostaniemy podzieleni i że część z nas zostanie wcielona do wojska. Około dziesiątej dotarliśmy do miasta. Już na pierwszy rzut oka widać było, że miasto zostało bezlitośnie zbombardowane. Ulice pełne były śmieci, gruzu, rozbitego szkła. Budynek gimnazjum w połowie był rozbity, w połowie spalony. Idąc w stronę wiaduktu przy głównej stacji, musieliśmy ostrożnie przejść między drutami telegraficznymi, które leżały na ziemi. Po obu stronach wiaduktu wszystko płonęło – po jednej stronie magazyny węgla, po drugiej magazyny towarów. Przebiegliśmy wiadukt bardzo szybko, bojąc się, że się zapali od iskier. Szybko ruszyliśmy w stronę Sochaczewa. Nie namyślaliśmy się wiele, ponieważ czym prędzej chcieliśmy powiększyć dystans między nami a Łodzią, gdyż – jak sądziliśmy

– byli już w niej Niemcy. Dziewięć kilometrów przed Sochaczewem zatrzymał nas wojskowy kordon. Musieliśmy zejść [z drogi] i puścić się na Żyrardów129, do którego doszliśmy około trzeciej po południu następnego dnia. Tutaj również nie przepuszczano uchodźców. Musieliśmy zanocować w polu, czekając, aż przejdą największe tłumy, by opłotkami dojść do drogi łączącej Żyrardów i Sochaczew. Przez cały czas szliśmy w małej grupie, starając się unikać większego towarzystwa, gdyż niemieckie samoloty śledziły duże zgromadzenia i od czasu do czasu je bombardowały. Z daleka widzieliśmy słupy dymu wzbijające się pod niebo, a kiedy zrobiło