Rozdział I. Od początku wojny do zamknięcia getta [7] 55
ści. Większość sunęła na Brzeziny. Szosa pełna była ludzi, wozów, aut i wojska. Tłok był tak wielki, że nie sposób się było przecisnąć. Część szła w tym samym kierunku, ale równoległymi do głównej drogi traktami i ścieżkami, przez pola i lasy. Zdawało się im, że takie drogi są pewniejsze i lepsze, ale i one były zapełnione tysiącami ludzi. Ich liczba była tak wielka, że wieczorami [napotkane] studnie były wyczerpane do dna i suche i trzeba było zachodzić do odleglejszych wsi, by się napić wody. Od czasu do czasu dawał się słyszeć hałas dochodzący z góry i był to znak, by rzucić się na ziemię. aa[...]aa a musieliśmy leżeć i kryć się często nawet po pół godziny. Wieczorem znaleźliśmy się pod miasteczkiem Brzeziny. Tam w lasku leżeliśmy dłuższy czas i w zdenerwowaniu oczekiwaliśmy momentu, w którym ruszymy dalej. Z daleka widzieliśmy kłęby dymu. Brzeziny płonęły. Miasteczko było częściowo zniszczone. Płonęły najpiękniejsze budynki. Chłopi w wioskach przyjmowali nas przyjaźnie – sprzedawali jedzenie i wskazywali najwygodniejszą drogę. Proponowali, byśmy odpoczęli i przespali się u nich. Jednakże my postanowiliśmy się nie zatrzymywać i pod osłoną nocy iść byle dalej. Przedzieranie się po nocy przez pola i łąki okazało się jednak niemożliwe i dlatego zeszliśmy na szosę. Była ona zapchana wojskiem, samochodami i ludźmi idącymi w różnych kierunkach. Natykaliśmy się na chłopskie fury pełne pakunków, z przywiązanymi do nich psami i bydłem. Spieszyły przestraszone i zapłakane chłopki z tobołkami pościeli i dzieci z węzełkami na plecach. Tumult był straszny. Nagle z boku [2] plunął ogień. Trafiliśmy pod ostrzał broni maszynowej. Dalsza wędrówka była wielce ryzykowna. Do tego zamieszanie stało się jeszcze większe i ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. Zeszliśmy na bok i chcieliśmy tam zanocować, żeby dopiero rano, w świetle dnia zadecydować, co robić. Chłop pozwolił nam zanocować w stodole. Zalegliśmy na sianie i drzemaliśmy. Po godzinie hałas samolotów i broni maszynowej zaczął narastać. Wypadliśmy na pole – było jasno. Po jednej stronie płonęły Brzeziny, po drugiej błyskały kule z automatów. Było strasznie. Przypadliśmy do ziemi, chowając głowy. Słyszeliśmy rozkazy wydawane wojsku. Strzelanina nie ustawała. Pełzaliśmy po ziemi, chcąc się oddalić od tego miejsca. Brodząc w błocie i wodzie dotarliśmy do rowu przy szosie. Tam leżało wojsko, odpowiadając ogniem. Nasza sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Schowaliśmy się głęboko w rowie i czekaliśmy niecierpliwie. Po godzinie ucichło i wróciliśmy do stodoły. W nocy nie można było iść dalej. Po krótkim czasie znów rozległa się strzelanina – większą jeszcze siłą. Również w polu nie było bezpiecznie. Nie wyszliśmy ze stodoły. Dudnienie i hałas samolotowych śmigieł nie ustawały. Kobiety, które leżały z nami, żegnały się, dzieci płakały. Słyszeliśmy modlitwy wieśniaczek mieszające się z dźwiękiem broni maszynowej. Szosa była ostrzeliwana z powierza i z ziemi. Trwało to prawie do rana. Wtedy się dowiedzieliśmy, że nie ma sensu iść dalej. Stanowiło to zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Radzono nam wrócić do domu.
[tłum. z j. żyd. Monika Polit]