206 [10] Materiały Racheli Auerbach
kulminacyjny. Dzieci rozmaicie zareagowały. Niektóre potulnie pozwalały ze sobą
robić co Dajcz274 chciał.
– Zej hobn sich gelozt275 – podkreślił opowiadający z jakimś szczególnym akcentem i zaraz widziało się nadstawione pod nóż sztuczne garby na chudych pleckach i czuło się drganie tej miękkiej żałości w sercu ojca, patrzącego bezsilnie na cierpienie i poniewierkę maleńkich piskląt, dźwigających na tych właśnie chudych pleckach ciężki obowiązek żywicieli rodzin. Nie wszystkie jednak pogodziły się bez protestu na utratę swego mienia, często całego kapitału zakładowego dla dalszych przedsięwzięć. Jedne próbowały prosić, błagać, płaczem zmiękczyć serce Dajcza, inne natomiast spróbowały… uciekać. I te spotkał los najgorszy. Niemiec dał rozkaz stojącemu obok policjantowi żydowskiemu, czy też polskiemu, by zawrócił całą trzódkę, zaczęła się gonitwa, okładanie pałkami, doprowadzanych przed swoje oblicze żandarm [23] okładał własnoręcznie. Dzieciarnia podnosiła okropny pisk, płacz, a tymczasem kartofle toczyły się po bruku, drogi towar leżał w prochu pod nogami i nie było już żadnej nadziei ratunku… Gdy już widocznie wszyscy mali szmuglerzy zostali wyzuci, a raczej wypatroszeni, wybebeszeni, z zawartości, sprowadzono dwa wózki rowerowe, kazano wózkarzom pozbierać z bruku rozsypany łup i, opłaciwszy ich usługi garścią kartofli, kazano im powieść całe „bogactwo” z powrotem na tamtą stronę. Dokąd – tego już z balkonu ghetta nie można było dostrzec. Obojętnie zresztą, czy te kartofelki poszły na stół jakiejś przyjaciółki żandarma, czy też zgodnie z przepisami odstawione zostały do jakiejś składnicy skarbowej. Ciekawym było też, jak reagowali na taką zabawę widzowie aryjscy, których trochę zgromadziło się po tamtej stronie na odgłos „hecy z żydziakami”. Znalazło się tam też dwu żołnierzy będących na niedzielnym spacerze. Otóż niestety, może przypadkowo, tłum ten tak był ustawiony, ale wszyscy razem z żołnierzami śmiali się, mieli wielkie gaudium276, kapitalną uciechę…
Rozmaici to bywają Polacy i rozmaici też bywają Niemcy. Niedawno opowiadała mi pewna pani o przeżyciu, jakiego doznała przechodząc wzdłuż muru na Przejeździe. W pewnym momencie usłyszała pisk. Jakiś taki dziwny. Ni to ptaszęcy, ni to dziecięcy. Obejrzała się na mur i poczuła po raz pierwszy w życiu, co oznacza wyrażenie „krew ścięła mi się w żyłach”. Z muru zeskakiwał, po przelezieniu z drugiej strony, mały chłopak, na którego pod murem czekała matka. Za chłopcem na murze ukazała się – głowa żandarma. Gonił go widocznie i dopędził dopiero, gdy malec zdążył się w śmiertelnym przerażeniu przedrapać na drugą stronę. To najstraszniejsze, będące ostatnio na porządku dziennym, nie stało się jednak tym razem. Nie zdjął żandarm karabinu i nie położył trupem na miejscu małego chłopca żydowskiego za to, że przeniósł z ulicy Długiej na ulicę Mylną