RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Spuścizny

strona 234 z 464

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 234


Materiały Racheli Auerbach [10] 211

mieszkania nie zeszedł nikt, ponieważ myśleliśmy, że przez otwartą bramę weszli właśnie Niemcy. Następnie pojawił się w sieni grupa umundurowanych, z czego my wywnioskowaliśmy, że właśnie wyprowadzają p. K., z którego mieszkania słychać było krzyk. Okazało się potem, że wypadki inaczej nieco wyglądały. Wizyta niemiecka miała miejsce właśnie tuż po dwunastej. P. K. z żoną bawili się u sąsiadów na kartach, żona usłyszała jakieś szmery u swoich drzwi i sama posłała męża by sprowadził czy tam czasem jacyś złodzieje nie majstrują. Spotkał gości na schodach, kazali mu się wylegitymować, a gdy okazał legitymację pracowniczą, rzec mieli jakoby „Nicht diese, die richtige zeuge her”292. Następnie kazali mu iść ze sobą. Chciał zabrać płaszcz – odradzili. Przecież jest lato, niepotrzebny, widząc jednak, że żona, która w międzyczasie też nadeszła, zaczyna wpadać w okropny lęk, usiłowali złagodzić wrażenie każąc jej zapakować dla męża ręcznik i szczoteczkę do zębów. K. domyślił się już jednak co go czeka, bo nie chciał zabrać niczego. Wyprowadzili go na ulicę i o parę kroków od bramy zastrzelili. Cała historia od początku do końca trwała 10 min. Lokatorzy frontowi słyszeli wystrzały, słyszała i rodzina, ale dopiero wpół do czwartej nabrano pewności, gdy grupa policjantów żydowskich będąca na „Streifie”293 znalazła trupa przed domem i dała znać rodzinie. To byli ci mundurowi, których wyjście widzieliśmy. Dopiero o piątej można było trupa zabrać z ulicy. [30] Widzieliśmy, jak go nieśli przez sień, potem na górę schodami, kolejno przez coraz wyższe okno klatki schodowej widać było, jak posuwa się naprzód mały konwój. W pewnym momencie usłyszeliśmy okropny, krótki, urwany męski krzyk. Ni to beknięcie, ni to ryk. Był to, zdaje się teść zabitego, który ulżył sobie na chwilę w ten sposób. Nie zapomnę także, widzianego przeze mnie z tyłu, ruchu połową [pleców] tegoż starego pana, jakby dla zrzucenia palta. Było w tym nieskończenie dużo wyrazu, niby u dobrego aktora, który zagra jakąś scenę plecami. Konwój w klatce schodowej znikł, wszystkie krzyki i odgłosy przycichły, tragedia jednego mieszkania, która w pewnym momencie zalała była cały dom, wypłynęła na ulicę, spłynęła z powrotem w zamknięte cztery ściany, by wypełnić je po brzegi boleścią bezpowrotnie przegranego życia. Grupa ludzi na podwórzu stała jeszcze przez jaki kwadrans. Tu i ówdzie wymknął się ktoś na chwilę na ulicę, by obejrzeć sobie kałużę krwi pod ścianą, a na wpół uchylona brama w świetle coraz jaśniejszego dnia wyglądała jak powiększony na ekranie pełen wyrazu fragment wymownego przedmiotu. Jak niezmiernie udana „martwa natura” dobrego malarza. Nocny krzyk był w stanie odpływu. Raz jeszcze ożywiło się cokolwiek podwórze, gdy nadszedł pierwszy przybysz z ulicy i przyniósł wiadomość, że wypadek w naszym domu nie jest odosobniony, że jest więcej ofiar na mieście. Podał jakieś nazwiska, padły pierwsze komentarze połączone z pewną ulgą domysłu, że to „porządki” z Trzynastką. Po chwili ten i ów roznegliżowany