220 [10] Materiały Racheli Auerbach
on pisze pod adresem znajomego Polaka, który dostarcza dziewczynie listy. Pisuje także do niej miłe listy jego matka, która myśli, że to dziewczyna polska. Część urlopu spędzał Fritz za każdym razem w Warszawie. Do ghetta dostawał się w ten sposób, że w przejeździe tramwajem upuszczał portfel, wyskakiwał mówiąc, że wsiądzie do następnego wozu, potem przebierał się u znajomych F. w cywilne ubranie i, nałożywszy opaskę, udawał się do narzeczonej. Rodzice radzi są „szeidechowi”319. Robi się plany na przyszłość, zależne od wszelkich możliwych ewentualności wyniku wojny. Narzeczony, 25-letni wychowanek Hitlerjugend, zmienił przekonania polityczne, wstydzi się, że „diese Hand hat Juden geschlagen”320 na Pradze. Ostatnio był ciężko ranny w Rosji i, wyleczony, przebywa u rodziny i znowu wybiera się z wizytą do narzeczonej.
[42] W[arszawa] 11 VI 1942
Śnił mi się przed paru dniami sen jakiś bardzo charakterystyczny dla stanu zgnębienia, który przeżywam, zwłaszcza w związku z informacją p. J. Śniło mi się, że raz jeszcze umarł mój ojciec, że raz jeszcze odbyć się miał jego pogrzeb. Sny powtarzające jakieś dawno minione ciężkie przejścia są dla mnie typowe. Ile razy śniło mi się już, że raz jeszcze zdawać muszę jakieś dawne egzaminy, cała ta niepewność, lęk, niewiara we własne siły, ale znamiennym dla obecnego stanu mego był pewien specjalny moment w tym śnie. W pewnej chwili przywołano mnie, bo dana była ostatnia okazja zobaczenia po raz ostatni twarzy ojca. Niewątpliwie straszliwej, unaoczniającej najbardziej straszny fakt śmierci. Oto ja się od tego widoku uchyliłam. Tak jak się uchylam w ostatnich czasach od słuchania najstraszniejszych szczegółów mordowania Żydów na prowincji. Nie mogę tego czytać, nie mogę słuchać. Bo dziwna jakaś, z dawna może, ale nie aż tak jeszcze w zadeklarowanej formie istniejąca we mnie, dyspozycja rozwinęła się u mnie ostatnio. I to nie jako nastrój literacki, jako przesadzony gest wewnętrzny, tylko jako coś halucynatorsko-realnego, niewątpliwie chorobliwego, w niebezpiecznie płodny sposób rozszerzającego skalę moich przeżyć. Nie za każdym razem, gdy słyszę o mordach, gdy uświadamiam sobie koszmar sytuacji, odmyka się we mnie ten wentyl. Oto zdawało mi się już nawet, że jestem nieco zimmunizowana na te przeżycia, ale przedwcześnie się ucieszyłam. Wystarczył ponowny wstrząs, małe załamanie nerwowe przy fizycznym osłabieniu, i sterczę w tym transie osobistego przeżywania znowu tego wszystkiego co się gdziekolwiek dzieje. Tak jak wtedy za pierwszym razem – 17 kwietnia. Wystarczy by ktoś z lekka coś opisał, a mój ustrój psychofizyczny dopowiadał sobie resztę. Słuchając relacji o śmierci Z., o tym jak ustawiony w bb[…]bb sięgnął ręką do [43] kieszeni na piersi po portfel z dokumentami, jak poczuł, że coś chcą z nim zrobić – natychmiast na miejscu – ja sama