RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Getto warszawskie

strona 231 z 597

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 231


204 Kobiety [25]

tragicznych dni nieustannego bombardowania, restauracja była otwarta przez kilka godzin dziennie i pani G. pomagała rodzicom, pełniąc rolę kelnerki. W czasie nalotu dziennego ukrywała się w piwnicy restauracyjnej, w nocy schodziła do schronu. Przez szereg dni trwała w nerwowym podnieceniu. Wieczorem rzucała się na łóżko [nie] rozebrana, bojąc się, że nie zdąży się ubrać, gdy znów a[...]a [roz]edrą huki bomb i trzeba się będzie pędzić a[...]a do schronu.

Pani G. pragnęła bowi[em je]chać do męża. To też, gdy rychło po zawi[eszeniu b]roni (w październiku) mąż jej przebywający wówczas w W[iln]ie przysłał po nią „przewodnika”, pojechała bez wahania. W oznaczonym dniu — była wczesna godzina — udała się pani G. na umówion[e miejsce] — na róg ul. Długiej i Nowiniarskiej. Stał tam autobus. Pełno już było w nim pasażerów. Pani G. zajęła miejsce obok „przewodnika”. Wyr[usz]yli krętymi, bocznymi drogami w kierunku M[a]łkini. Po jeździe, przerywanej często krótkotrwałymi, przymusowymi postojami, zatrzymali się o zmroku w jakimś obcym, dzikim pustkowiu. Nikt nie wiedział, gdzie się znajdują, „przewodnik” zbywał milczeniem wszelkie pytania. Pani G. dygotała z chłodu i niepewności. Nurtowały ją jakieś złe przeczucia. Naraz padło lakoniczne: „za mną” i procesja uciekinierów ruszyła za „przewodnikiem”. Posuwali się jakimiś ledwo dostrzegalnymi ścieżynami przez las, wsłuchani [18] czujnie w ciszę. Najlżejszy szmer paraliżował ich kroki: padali wówczas na ziemię i pełzali jak duże robaki. Wreszcie dotarli do tzw. zielonej granicy. Był to pas neutralny dzielący ziemie „rosyjskie od niemieckich”. Tu „przewodnik” kazał im się zatrzymać. Należało wyczekać odpowiedniej chwili, dla przekroczenia granicy [nie]mieckiej. Pas usłany był kobiercem ciał ludzkich. Tysiące rodzin czekało na podobną, jak pani G. szczęśliwą okazję już od wielu dni. Działy się tam rozdzierające serce sceny: ludzie mdleli z głodu i wycieńczenia, lament dorosłych mieszał się z krzykami dzieci. Pani G. spędziła na pasie dwa dni. Wreszcie pod osłoną nocy ruszyła za „przewodnikiem” ku granicy sowieckiej. Chodzili i pełzali na przemian, przedzierając się przez gąszcz ciał ludzkich. Byli już blisko granicy, gd[y] nagle rozległ się grzmot wystrzałów i mro[wie ludz]kie na „zielonym pasie” stanęło w a[...]a ognia karabinowego. To z rosyjskiej st[rony pa]dły „ostrzeżenia”, a może — kto wie — a[...]a w przemytników. Nieopodal pani G. p[a]dły [ofi]ary. Wstrząśnięta zaczęła uciekać z powrotem. Zgubiła swoją grupę i swego „przewodnika”. Żadna siła nie nakłoniłaby jej już do podjęcia now[ej p]róby przebycia granicy. Przyłączyła się wi[ęc] do jakiejś przygodnej grupy, wracającej do [W]arszawy.

W domu zastała wielk[ie] zmiany. W krótkim okresie jej nieobecności Niemcy odwiedzili jej rodziców i zarekwirowali niemal wszystkie prowianty. Ponieważ nie posiadali oni pieniędzy na nowe zapasy interes zaczął się staczać ku ruinie. Wszelkie wysiłki ratunku okazały się syzyfowymi próbami. Wyłoniła się konieczność szukania nowych źródeł zarobkowych. I oto pani G. stanęła dzielnie do startu samodzielnego handlu. Pośredniczyła poza tym w kupnie i sprzedaży brylantów, złota, mebli. [19] By ulżyć sytuacji materialnej rodzice pani G. postanowili odnająć pokój. Między ich sublokatorem, Folksdeutschem, a panią G. zadzierzgnęła się rychło nić