RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Getto warszawskie

strona 251 z 597

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 251


224 Kobiety [25]

gdy płomienie ogarnęły już szczyty domu, zauważono niebezpieczeństwo. Pani H. mieszkała na trzecim piętrze. Natychmiast pobiegła na górę, ale gdy otworzyła drzwi od korytarza, uderzyły w nią dławiącym żarem kłęby dymu. Pani H. przedarła się przez mgłę dymną, otworzyła drzwi od pokoju, ale już do wnętrza nie mogła wejść, albowiem przez sufit przebijały języki ognia dotykały przedmiotów i podłogi. Pani H. zdołała tylko ściągnąć z tapczanu tuż koło drzwi stojącego, swoje i męża futro oraz rulon 20 obrazów olejnych. [51] Reszta rzeczy padła pastwą ognia. O ugaszeniu pożaru nie mogło być mowy wobec braku wody w domu i w pobliskiej okolicy.

Z ciężarem, przerzuconym przez ramię pani H. wybiegła na ulicę, stanęła na przeciwległym chodniku i przykuta pełną rozpaczy niemocą, przyglądała się, jak niszczycielski żywioł powol[i] pożera jej dom, jej przeszłość.

Krótko przed 25 września wrócił do Warszawy mąż pani H., ranny w nogę odłamkiem szrapnelu. Ponieważ powrót do domu utrudniały mu niezmiernie barykady uliczne udał się łatwiejszą drogą do matki sw[e]j na Prostą i tam przebywał dotąd. Do niego jedynie mogła teraz — spalona — pójść. Wiedziała, że na drodze czyhają na nią niebezpieczeństwa, ale dotrzeć tam pragnęła za wszelką cenę. Kanonada nie milkła. Huk bomb z góry mieszał się z odgłosem kulomiotów hen z peryferii. Była god[z]ina 4, a o siódmej zamykano bramy dom[ó]w. Przebywanie na ulicy po tej porze pociągało za sobą groźne sankcje. Pani H. nie mogła zwlekać ani chwili. Ruszyła naprzód. Krok za krokiem, tuląc się do murów, uginając się pod „tarczą ochronną” ocalonych rzeczy, posuwała się wzdłuż ulicy. Na [t]rotuarach, na jezdni pełno było trupów oraz rzeczy ze zniszczonych do[b]ytków. Dookoła latały odłamki szrapneli. Było już daleko po 6 — gdy pani H. zjawiła się przed bramą domu

№ 1 przy tej samej ulicy. Przeszła zaledwie sześć domów. Tu mieszkali jej znajomi. U nich spędziła noc. Była zmęczona i stępiała z bólu. Nie płakała. Myślała jedynie o tym, by jak najprędzej dostać się do męża.

O godzinie piątej nad ranem kanonada [52] wciąż jeszcze trwała. Mimo to pani H. postanowiła udać się na Prostą. Droga rozdarta była przez barykady. Trzeba było brnąć przez wzgórza z piachu, przez piramidy różnych przedmiotów. Panowała jeszcze głęboka noc. Ale w mroku, zaróżowionym łuną pożarów, zarysowywały się wyraźnie kontury miasta. Ulice były opustoszałe — tylko tu i ówdzie krążyły patrole milicji. Pani H. posuwała się w kierunku pl. Bankowego. U zbiegu Leszna i Tłomackiego, jak złowrogi mur wyrosła przed nią niemal piętrowa barykada. Pani H. chciała się wspiąć na nią, gdy nagle padł rozkaz: Stać, wrócić, pali się, droga tędy odcięta! To za barykadą płonął blok gmachów Ministerstwa Przemysłu, Handlu i Skarbu. Pani H. cofnęła się. Zaczęła lawirować zygzakami i sama, nie zdając sobie sprawy w jaki sposób znalazła się nagle na pl. Teatralnym. Plac Teatralny przedstawiał niesamowity widok. Był rzęsiście „iluminowany” płomieniami pożarów. Buchały one z dwóch kierunków od strony Teatru Wielkiego47 i od ulicy Wierzbowej, łączyły