Kobiety [25] 245
swej siostrze, zrujnowanej z powodu utraty interesu „po tamtej stronie” w dniu 15 listopada 1940 r. Te dwie przyczyny pchnęły ją na drogę samodzielnego zarobkowania. Pani G. wykorzystała swoje stosunki towarzyskie w bogatych sfe[r]ach mieszczańskich — i zajęła się pośrednictwem przy kupnie i sprzedaży pianin, mebli, obrazów, dywanów perskich, biżuterii. Wstawała wcześnie, by zdążyć przed południem jeszcze wyjść na miasto — i nieraz w ciągu kilku godzin wielokrotnie przemierz[a]ła dystans z jednego krańca ghetta na [d]rugi. Pani G. nawiązała kontakt ze znajomymi Polakami i z nimi zawierała najkorzy[st]niejsze transakcje. Spotyka[ła] się z nimi zazwyczaj w Sądzie, info[rmo]wała ich o szczegółach aktua[ln]ego interesu, a gdy „obiekt” budził w nich zainteresowanie umawiali się na najbliższy dzień u niej w domu. Pani G. pracowała intensywnie, ale też nieźle zarabiała. Mogła sprostać obowiązkom wobec siostry i odciążyć męża w wydatkach na jej osobiste cele oraz toalety dla 16–letniej córki. A potrzeby pani G. pochłaniały [91] dużo pieniędzy, bo wciąż spędzała poobiedzia w kawiarniach lub na kartach u znajomych, a wieczorem znów szła grać w karty do klubu brydżowego u sąsiadów. Z piedestału parweniuszowskiej snobki nie zstąpiła ani o jeden szczebel, w każdym razie czyniła wszystko, by zachować pozory swej dawnej świetności materialnej, zresztą w klimacie płytkich podniet kawiarniano–karcianych czuła się najbardziej sobą.
Do klubu u sąsiadów schodzili się wieczorami lokatorzy — kobiety i mężczyźni — i do późna w nocy „szukali zapomnienia od całodziennych trosk” w karioce, brydżu lub królu. Wstęp kosztował 3 zł: właściwie była to obowiązująca każdorazowo opłata za używanie kart. Prócz tego od wszelkiej wygranej sumy gospodarze [po]trącali pewien procent. Pani F. gospody[ni] [kl]ubu przed wojną nie wynosiła się pon[ad] poziom życia swej drobnomieszczan[s]kiej sfery. Mąż jej miał warsztat r[a]mek do fotografii, pomagała mu [ni]e[k]iedy w sprawach administracyjnych. Wojna zrujnowała ich doszczętnie: w gruzach stracili swój cały dobytek. Pani F. chwytała się różnych zajęć: handlu, pośrednictwa, sprzedaży słodyczy i papierosów na zaimprowizowanym na ulicy stoisku — nie mogła jednak zarabiać na utrzymanie. Aż w końcu natchnęła męża myślą urządzenia klubu brydżowego. Próba powiodła się. Pani F. i jej mąż asystowali przy każdej grze, wypełniając zawsze lukę „brakującej ręki”. Klub był najliczniej odwiedzany w sobotę. I pewien odsetek z wpływów tego dnia pani F. przeznaczyła na Komitet Domowy, poza tym [92] zezwalała na wykorzystanie od czasu do czasu swego lokalu na cele imprezowe dla uchodźców. Tak więc członkinie Koła Pań urządzały w sobotę w klubie „czulent”*. Gospodyni przygotowywała bufet, „obficie zaopatrzony w wódkę i „sznytki”64, zapraszano „forsiastych” gości i w atmosferze oszołomienia alkoholem i zmysłowego podniecenia bawiono się i grano aż do wieczora.
Pani G. przepadała za tymi sobotami. Wprawdzie, odkąd interesy porwały ją w swe tryby, wycofała się ze stałej współpracy w Kom[itecie] Domowym i w Kole