RRRR-MM-DD
Usuń formularz

Getto warszawskie

strona 278 z 597

Osobypokaż wszystkie

Miejscapokaż wszystkie

Pojęciapokaż wszystkie

Przypisypokaż wszystkie

Szukaj
Słownik
Szukaj w tym dokumencie

Transkrypt, strona 278


Kobiety [25] 251

Pani D. wraca i zaczyna szorować stół. Stoi na wp[ół] pochylona, jej wychudłe ręce przesuwają się rytmicznie po lśniącej, polakierowanej płaszczyźnie. Jest zamyślona, jak gdyby rozmawiała ze sobą samą i na końcu każdego zdania miast kropki kładła ciężkie westchnienie. Nagle prostuje się i odwraca do stojącej na progu „pani”: „U mnie w kuchni stał identyczny stół. Naprawdę, taki samiusieńki. Jakże szczęśliwe to były czasy. Wtedy i ja miałam dziewczynę do pomocy w domu”. A gdy pani D. raz puściła wodze wspomnieniom, nie mogła się już pohamować. I popłynęła smutna opowieść o ostatnich latach jej życia — wstrząsająca spowiedź naszego czasu.

Pani D. liczy lat 29. Przed wojną była inkasentką w pewnym biurze, w którym mąż jej był także zatrudniony w charakterze pomocnika buchaltera. Mieli małe mieszkanko: pokój z kuchnią, zarabiali dostatecznie na „przyzwoite” utrzymanie.

Już nazajutrz po wybuchu wojny (2 września 1939 r.) pani D. została zredukowana. Jej mąż także. Ponieważ mieli pewne zasoby pieniężne i rzeczy, które w razie konieczności można by było spieniężyć, pani D. nie przejęła się zbytnio faktem utraty zajęcia. Jak wielu wówczas ludzi, wierzyła, że wojna nie potrwa długo, „co najwyżej sześć miesięcy”.

Z początku nękały ją wątpliwości, czy Polska zdoła sprostać militarnej potędze Niemiec. Śledziła z natężoną uwagą bieg wypadków, [104] chłonęła chciwie komunikaty Głównego Sztabu, gdy jednak dnia trzeciego września radio rozniosło wieść o solidarnym wystąpieniu u boku Polski Anglii i Francji, powszechny z tego powodu entuzjazm, zrodził również i w [n]iej optymistyczne nastroje. „No, teraz, wojn[a] potrwa już z pewnością nie długo. Na wiosnę będzie pokój” — wierzyła w to i przekonywała o tym i innych.

Naloty nie trwożyły jej swą zgrozą. Gdy była w domu nigdy nie schodziła do schronu, choć mieszkała na trzecim, ostatnim piętrze. A kiedy alarm więził ją w jakiejś obcej bramie, starała się rozmową rozwiać lęk, stojących obok niej ludzi. „No, pani to ma naprawdę, żelazne nerwy” — słyszała niejednokrotnie. Nie, nie miała żelaznych nerwów, miała zwykłe ludzkie nerwy, umiała tylko dzielnie panować nad sobą. I kiedy dnia 5 września, usłyszała apel pułkownika Umiastowskiego, wzywający wszystkich mężczyzn, zdolnych do noszenia broni, do opuszczenia stolicy, choć wywarł na nią wstrząsające wrażenie, nie zdradziła się swym niepokojem. „Jeśli zdecydujesz się wyjść z Warszawy, pójdę z Tobą” — oświadczyła tylko zdecydowanie mężowi. Napięcie polityczne wzmagało się z godziny na godzinę stwarzając paniczne sugestie w mieście. Apel pułkownika Umiastowskiego grzmiał raz po raz, jak ponure memento. Wyjść? Dokąd? — rozważali jedni. Jeśli zostaniemy, mogą nas uważać za dezerterów — tłumaczyli inni. Dezercja? — pan D. zadrżał.

I dnia 6 września o godzinie 7 rano opuścił wraz z żoną Warszawę. Na drogę zabrali 500 złotych, dwie złote obrączki, złoty zegarek, i niewielki nesesser z [105] dwiema zmianami bielizny i żywnością. Mieszkanie i rzeczy zostawili pod opieką siostry pani D.