Żydzi i Niemcy [62] 481
b.d., Warszawa–getto. Symche Rajchman (Rechtman?), zwany Blazer [Bluzer], Relacja z pobytu na Pawiaku. Tragarz z warszawskiej Pragi, szmugler w getcie, opisuje swoje uwięzienie na Pawiaku
[1] Symcha „Błozer” (prawdziwe nazwisko Rajchman lub Rechtman) opowiada:
Na Pawiak dostałem się z powodu transakcji handlowej z folksdojczem. A było to tak: kiedy usunięto nas z Pragi23i straciłem zarobek (jako tragarz), zabrałem się do handlu. Do szmuglowania. Jako, że na Pradze miałem jeszcze znajomości, ciągnęło mnie tam. W dodatku miałem też szczęście. Mianowicie w mieszkaniu na Pawiej 62, na które się wymieniłem z gojką*, pozostał w piwnicy duży, odlany z cementu krzyż (zrobiła go ona po tym jak dowiedziała się, że jej mąż zginął w Oświęcimiu). Podjąłem się dostarczyć jej ten krzyż do domu, na Pradze, do mego starego mieszkania.
Zaraz następnego tygodnia wziąłem ten krzyż na jedno ramię, plecak na drugie i hajda, prosto do tramwaju, na Pragę. Nikt nawet nie spróbował mnie zaczepić. Na Targowej, na targu, załatwiłem wszystkie moje sprawy, kupowałem i sprzedawałem. Taki rok na wszystkich Żydów — poza Szwarcem — jak to [wspaniale] szło!
Ale powolutku wszyscy konduktorzy, policjanci i wszystkie inne gliny zaczęli się mnie czepiać. Widzieli, że historia z krzyżem jest podejrzana. Musiałem wyrzucić krzyż. [2] Może, do wszystkich diabłów, warto byłoby pracować dalej, ale nie zawsze dawało się „posmarować”24. Krzyż zbytnio rzucał się w oczy. Zarówno wierzący chrześcijanie mruczeli, że niby dlaczego Żyd ma wykorzystywać krzyż dla swoich interesów (im wolno. A niech ich, amen!...). I również gestapowcy zaczęli już mi zaglądać w oczy. Poszukałem więc innych możliwości.
Ale o tym opowiem wam innym razem. Teraz opowiem Wam, przede wszystkim, o folksdojczu.
Handlowałem z nim jakieś dwa razy. Pewnego razu przychodzi, żebym mu zdobył duży brylant, coś około 3 karatów. Poczułem, że chłopak chce mnie zdrowo zażyć. I co ja robię? Poszedłem, wziąłem szkiełko, dopasowałem do srebrnego pierścionka i mu przyniosłem. Powiedziałem, że kosztuje 6 tysiączków. „Pieniądze jednak muszę dostać do ręki. Teraz się nikomu nie dowierza”..
— „Pokaż mi firmę” — zaprotestował. — „Taki z ciebie mądrala? Nie ma frajerów. Chcesz mnie wystrychnąć na dudka?”
Chłopak zaczął się ze mną targować, aż zgodziłem się przyjąć tymczasem tylko 1200 złotych. [3] Jutro na pewno mi przyniesie [resztę] — zaklinał się.
I szukał mnie ten pechowiec. Nakrył mnie po dwóch miesiącach.