„Dror”, nr 7–8 [3] 113
budowlę. Niech zasiane zostanie cudowne ziarno. Nasiono zdrowej ludzkości. I zobacz – niewiele brakuje, a będzie to początek czasów Mesjasza…
A oto szlachetny młodzieniec, który nigdy nie ma czasu i stale się uśmiecha, kamień młyński nosi na szyi: smutna żona i dziecko. Żona jest delikatna i słaba, droga ją męczy. Zmogła ją choroba morska i blada leży bez ruchu. Mąż nigdy nie miał [wolnego] czasu i nie zna chwili odpoczynku, mimo to radość błyszczy w jego dobrych oczach, które śmieją się i patrzą ciepło, [24] jak patrzy człowiek, który ostatecznie osiągnął swój cel. Po prostu – mówi – nie było już sił, by znosić wygnanie, a jeśli wytrzymywało się jeszcze upośledzenie – to z rozpaczy i słabości. Jednak wraz z narodzeniem tego maleństwa, młode, nowe życie ukazało się przed jego oczyma: „Nie możesz, nie wolno ci zaprzepaścić jego czystego, młodego życia! – a niech będzie, co ma być – uciekam z tego krwawego bagna, pójdę i spróbuję szczęścia, [gorz]ej niż było, być nie może, a może Bóg się zlituje!”. Uczciwy, prosty młodzieniec, który nigdy się nie wywyższa. Pochylony nad balią stoi i pierze z zapałem koszulkę swego dziecka i rzuca jednocześnie spojrzenia na swą bladą żonę, która siedzi i piersią karmi małego.
A oto śpiewak z Wiednia, starszy, smutny chłopak. Czemu tak milczy i jest smutny? Czy żal mu młodości, która przeminęła bezpowrotnie i pozostawiła go samego z jego smutkiem, samotnego w otaczającej go grupie radosnych i młodych chaluców? A może nad straconymi marzeniami boleje i choruje w cichości, może żałuje swego głosu, który dziś ochrypł, nadziei, które przeminęły? Może powątpiewa, czy da radę zacząć od nowa obce, nieznane życie, którego nigdy nie skosztował – twarde życie pracownika fizycznego, które trudne byłoby także we własnym kraju? Płacze może po starej matce, siostrach i braciach mieszkających w kraju, na którego samo wspomnienie dreszcz przechodzi, w morderczej Ukrainie, która wilgotna jest od przelanej, żydowskiej krwi? Lata mijają, a oni nie piszą ani słowa… Siedzi cicho w kącie pokładu i ogrzewa plecy na słońcu, a głowę pochylił ku ziemi. Nuci cicho, smutno, melodie „Jomim Noraim”, ale nie na nowoczesną nutę wiedeńskich kantorów, lecz właśnie na starą, prostą, poruszającą duszę, modłę. Słyszał je dawno, dawno [temu] od swego ojca, chazana293, tam, w maleńkiej osadzie na brzegach Dniepru. Był wtedy jeszcze dzieckiem, pomagał tacie przy „Jomim Noraim”. Jego głos rozbrzmiewał w osadzie.
I oto są wszyscy, fundament chalucowego kibucu, serdeczni chłopcy i dziewczęta, wszyscy w rozkwicie lat. Woda sięgała szyi, [za nimi] widmo pogromów i rzezi, lecz cudowna siła życia, która spoczywa w ich żywotnych duszach, wszystko przezwyciężyła, pokonała to, co najgorsze – ta skryta, cudowna iskra życia wiecznie wędrującego narodu! Oto ci, którzy przemawiają ogniście – większość z nich z Litwy. Prostotę, odwagę widać na twarzy, włosy w nieładzie, chód dumny i władczy, głos, śmiech – pełen siły, a o „grzeczności” nie chcą słyszeć. Odwrotnie. Na boku wyśmiewają się z polskich towarzyszy… Ci ostatni są ich przeciwieństwem: chód delikatny, głosy ciche, włosy porządnie zaczesane, a dobieranym z uwagą słowom towarzyszy kobiecy uśmiech. Oto razem chłopcy i dziewczęta z [Ha]szomer Hacair, większość z Galicji. Są najmłodsi w kibucu (u szomrów ledwie pokazały się oznaki wąsów!). [25] Wszyscy przyzwyczajeni do dyscypliny, a w oczach – poczucie odpowiedzialności. Młoda i naiwna duma bije z ich ruchów, lecz także bezgraniczna „wiara” w „wielki, potężny