446 „Słowo Młodych”, nr 9–10 [8]
rampa, na którą wpędzano nieszczęśliwych przy pomocy batogów, kolb i karabinów maszynowych, po czym załadowywano ich do auta egzekucyjnego, stojącego po przeciwnej stronie rampy.
Auto, do którego wpędzano nieszczęśliwe ofiary, miało rozmiary większej ciężarówki, było koloru szarego, hermetycznie zamknięte i zaopatrzone w ściśle przylegające drzwi zamykane na zewnętrzny rygiel. Ścianki auta były wybite blachą, podłoga wyłożona drabinkami i pokryta słomiankami. Pod drabinkami, po obu stronach auta umieszczone były dwa wyloty rur gazowych pokryte sitkiem. Obydwie rury prowadziły do szoferki, gdzie łączyły się z zaopatrzonym w pewną ilość guziczków aparatem gazowym.
Po załadowaniu auta i hermetycznym zamknięciu drzwiczek, odjeżdżało ono do odległego o około siedem kilometrów w kierunku na Koło lasu, gdzie znajdowało się miejsce kaźni. Była to polana obstawiona ze wszystkich stron uzbrojonymi w karabiny maszynowe żandarmami, w poprzek której biegł przygotowany zawczasu grób masowy, głęboki 5 metrów, a szeroki u dołu na 1½, u góry zaś na 5 metrów. Auto stawało około 100 metrów od grobu. Szofer-kat naciskał guziczki wmontowanego w szoferce aparatu i wychodził na zewnątrz. Szoferami byli umundurowani esesmani z trupią czaszką na czapkach. Z auta zaczynały dochodzić przytłumione krzyki i uderzenia w ściany. Mniej więcej po kwadransie wszystko ucichło. Wówczas szofer-kat wchodził do szoferki i zaglądał przez specjalne okienko do wnętrza wozu. Po sprawdzeniu, że wszystkie ofiary zginęły, dojeżdżał bliżej do grobu i po pięciu minutach rozkazywał otworzyć na oścież drzwi samochodu.
Funkcje grabarzy spełniało kilkudziesięciu zmuszonych do tego Żydów. Na rozkaz komendanta placu kaźni – oficera SS – przystępowali oni do wyrzucania trupów, które cuchnęły gazem i ekskrementami i znajdowały się w wielkim nieładzie. Trupy wciągano brutalnie i szybko za włosy, ręce i nogi. Komendant placu kaźni krzyczał przy tym bez przerwy i katował grabarzy. Z auta zrzucano je na kupę, po czym dwaj cywilni Niemcy przeszukiwali ciepłe jeszcze ciała celem zabrania wszystkich kosztowności. Oględziny były bardzo skrupulatne. Zrywano z szyi łańcuszki, wyrywano przy pomocy obcęgów złote zęby, wreszcie dokładnie sprawdzano, czy nie ma ukrytych kosztowności w kobiecych organach płciowych i kiszkach stolcowych.
[34] Następnie dopiero wrzucano ciała do grobu, gdzie dwaj grabarze żydowscy układali je twarzą do ziemi, w taki sposób, aby nogi jednego znajdowały się obok głowy drugiego. Dziennie grzebano około 6 do 9 aut. Każdą warstwę zmarłych przysypywano ziemią i począwszy od dnia 17 stycznia przysypywano ponadto chlorkiem. Ośmiu grabarzy zajętych bezpośrednio przy trupach nie opuszczało przez cały dzień grobu. Przed zakończeniem dnia jeden z oficerów kazał im położyć się twarzą do trupów i przedziurawiał im przy pomocy ręcznego karabinu maszynowego głowy. Pozostali zasypywali spiesznie grób i na rozkaz żandarmów udawali się do swego specjalnego pomieszczenia w pałacu.
Poza Żydami z Koła i Dąbia zabici zostali w Chełmnie: od drugiego do dziewiątego stycznia przywiezieni z getta łódzkiego Cyganie, w dniach 10 i 12 stycznia Żydzi z Kłodawy, w dniu 14 stycznia Żydzi z Bugaju, w dniu 14 i 15 stycznia Żydzi z Izbicy Kujawskiej, zaś począwszy od dnia 16 stycznia – Żydzi z getta łódzkiego.
Nie ulega wątpliwości, że akcja była z góry przygotowana. Miejscowe placówki żandarmerii były dokładnie powiadomione o losie czekającym „wysiedleńców”. Mimo to nie tylko nie informowały one o tym nieszczęśliwych, ale nawet – przeciwnie – okła-